Oczywiste jest, że oferta SpaceX przyciąga uwagę inwestorów i to nie tylko ze względu na skalę biznesu, lecz także ze względu na jej konsekwencje dla indeksów giełdowych.
Według różnych scenariuszy szacuje się, że SpaceX miałoby przeprowadzić ofertę publiczną o wartości około 75 miliardów dolarów, przy wycenie całej spółki sięgającej około 1,75 biliona dolarów. Dla porównania: wartość wszystkich krajowych spółek notowanych na giełdzie w Warszawie wynosi obecnie 354 mld dolarów. Taka wycena już w momencie debiutu sprawiłaby, że SpaceX automatycznie spełniłby kryteria wielkościowe dla kluczowych benchmarków, przede wszystkim indeksu Nasdaq 100, co uruchamiałoby lawinę przepływu kapitału w funduszach indeksowych i ETF-ach replikujących te wskaźniki. W tym sensie rozmiar oferty SpaceX to nie tylko wydarzenie korporacyjne, ale również test firm obliczających indeksy giełdowe. Konsekwencje rynkowe mogą być odczuwalne w kilku wymiarach.
Po stronie inwestorów pasywnych szybkie włączenie SpaceX do Nasdaqa 100 oznaczałoby mechaniczny obowiązek zakupu akcji przez wszystkie ETF-y i fundusze indeksowe replikujące benchmark. W krótkim czasie wygenerowałoby to ogromny popyt, co może stanowić istotne ryzyko. Jeśli free float po ofercie byłby stosunkowo ograniczony, wówczas duży strumień popytu musiałby zostać przesunięty przez wąską podaż. Efektem takiej operacji mogłaby być znaczna krótkoterminowa zmienność kursów i wyższe koszty replikacji indeksu dla funduszy pasywnych.
Natomiast dla inwestorów aktywnych szybka ścieżka wejścia do indeksu otwiera przestrzeń dla strategii handlu „pod włączenie do indeksu”. To zjawisko dobrze znane z historii rynku: każda zapowiedziana zmiana w składzie dużego indeksu przyciąga spekulantów, którzy starają się wyprzedzić mechaniczny popyt funduszy. W przypadku SpaceX skala tego efektu mogłaby być bezprecedensowa.
Opisana operacja zmusi dostawców benchmarków do zmian w ich metodyce. Nasdaq już ogłosił wdrożenie mechanizmu „fast entry” dla bardzo dużych debiutów, który skraca ścieżkę wejścia do Nasdaqa 100 do około 15 sesji, licząc od dnia debiutu. Warunkiem ma być również spełnienie kryterium wielkości: spółka musi znaleźć się wśród czterdziestu największych firm w indeksie według kapitalizacji. Jednocześnie Nasdaq usunął minimalny wymóg 10-procentowego free float dla kwalifikacji w trybie szybkiego wejścia oraz dopuścił tymczasowe przekroczenie liczby 100 komponentów, by złagodzić presję na natychmiastową wymianę w dniu włączenia nowego giganta. Podobne kierunki rozważają inni dostawcy indeksów. FTSE Russell analizuje skrócenie okresu kwalifikacji nawet do kilku sesji handlowych. To może oznaczać kolejną historyczną rewolucję w regulacjach indeksowych. Warto przy tej okazji dodać, że zasada „fast entry” w indeksie WIG20 obowiązuje od 2010 r., gdy została wprowadzona przy okazji debiutu PZU. Zgodnie z obowiązującymi przepisami kapitalizacja akcji w wolnym obrocie spółki debiutującej w dniu pierwszego notowania musi stanowić co najmniej 5 proc. wartości kapitalizacji portfela indeksu WIG20. Jeżeli to kryterium jest spełnione, wówczas debiutant trafia do indeksu po trzech dniach obrotu.
Tak istotne zmiany w przypadku zasad konstrukcji indeksów wprowadzane są niezmiernie rzadko. Jedną z przełomowych reform w ostatnich dekadach było upowszechnienie określania wag spółek w indeksach na podstawie free floatu, czyli uwzględniania wyłącznie tej części akcji, która jest realnie dostępna dla inwestorów, z pominięciem pakietów strategicznych i kontrolnych. Wcześniej wagi spółek w indeksach wynikały po prostu z wielkości emisji, co wyraźnie odstawało od warunków rynkowych i możliwości replikacji indeksów przez fundusze pasywne. To ważna odpowiedź dostawców indeksów na potrzeby inwestorów. Indeks ma rzetelnie mierzyć zwrot z rynku. Fundusz indeksowy ma umożliwiać uzyskanie tego zwrotu w sposób przejrzysty i efektywny kosztowo.
Każda reforma metodologii indeksowej powinna być oceniana przez ten właśnie pryzmat: czy zbliża benchmark do rzeczywistości rynkowej, czy od niej oddala. Indeks, który przez wiele miesięcy ignoruje spółkę wartą niemal dwa biliony dolarów, nie jest już wiernym odwzorowaniem rynku. Z drugiej strony indeks, który mechanicznie wciąga megadebiut bez odpowiednich zabezpieczeń płynnościowych, naraża inwestorów pasywnych na koszty i ryzyko, których ci nie zaakceptowaliby świadomie. Dlatego zmiany w metodologii indeksów to nie zagrożenie dla ich integralności, lecz naturalna odpowiedź na ewoluujący rynek, który jest zupełnie innym rynkiem niż ten sprzed trzydziestu lat, a indeksy muszą to odzwierciedlać.