Jeszcze niedawno notowania ropy WTI były powyżej 110 USD za baryłkę, by później spaść w okolice 90 USD. Można odnieść wrażenie, że inwestorzy cały czas chcą wierzyć, że idziemy w kierunku trwałego uspokojenia sytuacji na Bliskim Wschodzie. Twoim zdaniem ten optymizm jest uzasadniony?

Trudno dziś jednoznacznie odpowiedzieć, czy ten optymizm jest w pełni racjonalny, ale faktem jest, że rynek praktycznie od samego początku zakładał, że cały konflikt będzie miał charakter przejściowy i ostatecznie dojdzie do szybkiej normalizacji sytuacji. To jest o tyle ciekawe, że gdybyśmy spojrzeli wyłącznie na fundamenty rynku ropy, ceny powinny być zdecydowanie wyższe. W normalnych warunkach przy tak dużym kryzysie podażowym moglibyśmy mówić nawet o poziomach 150–200 dolarów za baryłkę. Wystarczy spojrzeć na skalę problemu. Sam deficyt na rynku ropy w kwietniu wynosił około 8 mln baryłek dziennie. Jednocześnie ograniczenia produkcji i zakłócenia dostaw w krajach arabskich sięgały nawet 14–15 mln baryłek dziennie. To są gigantyczne liczby. Co ważne, popyt praktycznie się nie załamał. Szacuje się, że jego destrukcja wyniosła zaledwie około 1,5 mln baryłek dziennie, czyli relatywnie niewiele. Z perspektywy klasycznych fundamentów rynek powinien reagować znacznie mocniejszym wzrostem cen. To pokazuje, że inwestorzy od początku grali pod scenariusz szybkiego wygaszania konfliktu.

Reklama
Reklama

Rynek jest jednak mocno rozchwiany i jedna informacja potrafi zmienić obraz o 180 stopni.

W krótkim terminie rynek skupia się przede wszystkim na geopolityce, ale w perspektywie roku to może być jeden z najważniejszych tematów. Zjednoczone Emiraty Arabskie od dawna naciskały na zwiększenie limitów produkcyjnych. Przez ostatnie lata bardzo mocno rozbudowały swoje moce wydobywcze - do poziomu nawet 4,8 mln baryłek dziennie. Dla porównania przed wojną produkowały około 3,5 mln baryłek. To oznacza dodatkowy potencjał rzędu ponad miliona baryłek dziennie. I to jeszcze nie koniec, bo cały czas trwają inwestycje mające zwiększyć możliwości wydobycia do około 5 mln baryłek dziennie. Jeżeli założymy scenariusz pokoju, zniesienia części sankcji na Iran i powrotu większej ilości ropy z Iranu oraz potencjalnie także z Wenezueli, to rynek może nagle przejść z ogromnego deficytu do nadpodaży. I wtedy pojawia się pytanie: jak zareaguje Arabia Saudyjska? Czy będzie chciała oddać udziały w rynku? Moim zdaniem nie. Na rynku może wręcz dojść do wojny cenowej. Dziś wszyscy skupiają się na ryzyku wzrostu cen do 150 dolarów za baryłkę, ale równie dobrze za rok możemy rozmawiać o ropie po 50–60 dolarów. Warto pamiętać, że Arabia Saudyjska potrzebuje znacznie wyższych cen ropy do równoważenia budżetu niż Emiraty. Emiraty mogą funkcjonować przy cenach w okolicach 50 dolarów za baryłkę, Arabia Saudyjska potrzebuje raczej około 90 dolarów, a Iran jeszcze więcej. To może prowadzić do bardzo ciekawej gry o udział w globalnym rynku ropy.

Ten ewentualny powrót do normalności też więc oznacza, że ta normalność będzie wyglądała inaczej niż wcześniej?

Ciężko powiedzieć, czy będzie ona bardzo mocno się różniła. Rynki finansowe działają dziś ekstremalnie szybko, a przepływy handlowe potrafią bardzo dynamicznie wracać do wcześniejszych poziomów. Dlatego wydaje mi się, że po zakończeniu konfliktu proces normalizacji rynku ropy może przebiegać znacznie szybciej, niż obecnie zakłada wielu inwestorów.

Normalność jest także wyczuwalna na rynku metali szlachetnych?

Tak, zdecydowanie. Wcześniej mieliśmy bardzo mocny, częściowo spekulacyjny rajd cenowy związany z obawami o dostępność metali. Inwestorzy bali się problemów z fizyczną podażą złota i srebra. Dziś ten temat stopniowo schodzi na dalszy plan. Rynek zaczyna bardziej skupiać się na inflacji, polityce banków centralnych i kondycji gospodarki.

Inflacja może być problemem i tym samym wpłynąć na politykę banków centralnych?

Obecna inflacja ma przede wszystkim charakter podażowy. To zupełnie inna sytuacja niż w 2022 roku. Wtedy inflacja rosła już wcześniej z powodu silnego popytu, a wojna jedynie ten proces przyspieszyła. Dziś głównym problemem są ceny surowców i zaburzenia podaży. Dlatego podwyższanie stóp procentowych nie rozwiąże problemu wysokich cen ropy. Jeżeli baryłka kosztuje 120–150 dolarów, to podwyżka stóp o 25 czy nawet 50 punktów bazowych niewiele zmieni. Aby realnie ograniczyć popyt, banki centralne musiałyby podnosić stopy o kilkaset punktów bazowych, co byłoby bardzo niebezpieczne dla gospodarki. Wracając do metali szlachetnych, a przede wszystkim do złota: ono nadal korzysta z ogromnej niepewności dotyczącej rynku długu, szczególnie w Stanach Zjednoczonych i Japonii. Do tego dochodzą zakupy banków centralnych i dalsza dywersyfikacja rezerw walutowych. W efekcie złoto wciąż pozostaje bardzo atrakcyjnym zabezpieczeniem kapitału.

Powrót ceny złota powyżej 5 tys. USD za uncję jest więc realny?

Myślę, że jest to jak najbardziej możliwe. JP Morgan nadal prognozuje cenę 6 tys. USD na koniec roku.

Srebro wróci powyżej 100 USD?

Tutaj jestem już ostrożniejszy. Oczywiście srebro nadal może korzystać na wzrostach złota, bo oba metale często poruszają się w podobnym kierunku. Ale trzeba pamiętać, że srebro ma również bardzo silny komponent przemysłowy. Jeśli światowa gospodarka zacznie spowalniać, popyt przemysłowy może osłabnąć. Dlatego nie spodziewałbym się już aż tak spektakularnych wzrostów jak wcześniej.