Nawet jeśli niektórym regulatorom wydaje się, że bardzo światle stosują metodę „kija i marchewki”, ewidentnie sama nazwa metody stawia kij na pierwszym miejscu. A w praktyce jest dużo gorzej, bo to nie jest tak, że jak kij nie zadziałał, wówczas sięgają po marchewkę. Nie, wyciągają taki przewrotny wniosek, że skoro kij nie zadziałał, to pewnie zadziałają dwa kije, względnie trzy. Oczywiście są obszary, gdzie kij jest niezbędny, ale chyba mieszczą się one w obrębie kodeksu karnego. Natomiast zdecydowaną większość pożądanych zachowań można uzyskać metodą marchewki, względnie dwóch marchewek. Postarajmy się to przeanalizować na przykładach.

Załóżmy, że państwo chciałoby mieć dostęp do informacji na temat naszych spotkań. Najbardziej prawdopodobnym rozwiązaniem byłoby stworzenie regulacji wymagającej skrupulatnego raportowania (pod groźbą poważnych sankcji) do jakiegoś Organu Regulacji Ws. Ewidencji Ludności (ORWEL), wyposażonego w duży budżet i jeszcze większe kompetencje. Obawiam się jednak, że pomimo całego aparatu represji zakres danych przymusowo zgłaszanych byłby wielokrotnie mniejszy od tego, który przekazujemy np. Google całkowicie dobrowolnie. Wystarczy dać marchewkę w postaci dobrze funkcjonującego narzędzia, mniej przekonanym dorzucić drugą pozwalającą na integrację z innymi użytecznymi narzędziami i ochoczo oddajemy swoją prywatność.

Inny przykład – jesteśmy w trakcie wdrażania systemu faktur elektronicznych, oczywiście pod przymusem, co wiąże się ze zrozumiałą niechęcią. A przecież gdyby powstał prosty, intuicyjny system, w którym faktury generowałyby się niemal samoczynnie, dzięki któremu mikroprzedsiębiorcy mogliby oszczędzić sobie nerwów (system sam wskazywałby ewentualne błędy), pieniędzy (brak konieczności obsługi księgowej) i zachodu (system sam wyliczałby wszelkie daniny publiczne), żaden przymus nie byłby potrzebny. Czy ktoś nas zmuszał, żebyśmy np. korzystali z bankowości internetowej? Nie, sami przejęliśmy od banków obsługę klienta (czyli siebie) – jeśli coś jest dobre, oszczędza nam problemów, wówczas robimy to bez żadnego przymusu.

Kolejny przykład dotyczy systemu kaucyjnego, opartego – oczywiście – na kiju. Na zmuszaniu do korzystania z jakiegoś rozwiązania zamiast zaoferowania na tyle atrakcyjnej możliwości, żeby dopuszczenie do niej było obiektem pożądania. Od lat mamy konsensus społeczny ws. ograniczenia zanieczyszczania środowiska. Dotyczy to spalin, ścieków i innych zanieczyszczeń. Komunikat można sformułować następująco: drogi producencie, wprowadzasz swoimi opakowaniami do obiegu coś szkodliwego dla środowiska, a pośrednio też dla człowieka. Możesz sobie sam zorganizować system odbioru tych opakowań lub skorzystać z zorganizowanego przez nas systemu kaucyjnego. Jak każdy system uniwersalny nie jest on idealny, jest mało elastyczny, ma wiele wad, ale dzięki korzyściom skali jest o tyle tańszy, że najprawdopodobniej zdecydowana większość producentów wybrałaby właśnie takie rozwiązanie. Producenci staraliby się spełnić wymogi, aby dołączyć do systemu nie dlatego, że muszą, ale dlatego, że tak jest taniej. A jeśli jakiś producent wolałby stworzyć/zachować własny system odbioru opakowań, to też nie byłoby problemu.

System przymusu najczęściej prowadzi do powstania rozwiązań dalekich od optymalnych. Znów przykład z życia, który możemy określić mianem pomnika porażki regulacyjnej. Przez pół wieku branża nie była w stanie opracować systemu recyklingu nakrętek do butelek. W konsekwencji regulator opracował rozwiązanie utrudniające życie wszystkim konsumentom. Chyba wszyscy jesteśmy przekonani, że ludzkość w XXI w. stać na lepszy system i gdyby jego poszukiwanie oparte zostało na marchewce, pewnie już dawno by funkcjonowało.

Na koniec warto wyjaśnić, jak się to ma do giełdy. Otóż spółki giełdowe to specyficzna grupa podmiotów, na których regulatorzy wszystkich krajów testują, ile kijów są w stanie przyjąć, zanim upadną, co ma określone konsekwencje dla kondycji rynku i zysków inwestorów. Przy czym w zdecydowanej większości problemy można było rozwiązać podejściem „marchewkowym” tworząc różnego rodzaju zachęty do zwiększania przejrzystości informacyjnej, a zwłaszcza systemy ułatwiające zbieranie i przekazywanie danych.

Jesteśmy np. w trakcie wielkiego chaosu regulacyjnego dotyczącego raportowania ESG, który w dużej mierze wynikał z zastosowania kija – zobowiązania do tego, żeby przedsiębiorca musiał zebrać i przedstawić mnóstwo informacji. A przecież większość tych danych już gdzieś jest, w jakichś systemach administracji centralnej – wystarczyło dać marchewkę, aby ktoś opracował narzędzie IT wydobywające te informacje z różnych urzędów, dzięki czemu dużo taniej, lepiej i szybciej osiągnęlibyśmy dużo wyższy poziom przejrzystości informacyjnej w tym zakresie. Jeśli nie zmienimy tego podejścia, ludzkość upadnie pod ciężarem kolejnych kijów regulacyjnych.