W liberalnych gospodarkach stosowana była zasada „co nie jest zabronione, jest dozwolone”, która promuje innowacyjność, choć jednocześnie daje pole do nadużyć w obszarach, które nie były wcześniej uregulowane. Natomiast w krajach bardziej autorytarnych dominowało podejście „co nie jest wprost dozwolone, jest zabronione”, które w bardzo dużej mierze eliminowało potencjalne nadużycia (przynajmniej te w sferze oficjalnej), kosztem ograniczania innowacyjności.
W Polsce, po kilku dekadach tego „kontrolowanego” podejścia, na początku transformacji dokonano zwrotu o 180 stopni. Dzięki tzw. „ustawie Wilczka” nagle otworzyły się nowe możliwości prowadzenia biznesu, co z jednej strony było podstawą bardzo dynamicznego rozwoju gospodarczego, z drugiej jednak – wobec absolutnego nieprzygotowania organów państwa do takiej sytuacji – prowadziło do różnego rodzaju afer. Z czasem ta swoboda była coraz bardziej ograniczana poprzez wprowadzanie różnego rodzaju mechanizmów licencyjno-nadzorczych.
Szczególnym przypadkiem ewolucji było ciekawe połączenie obu tych pozornie sprzecznych podejść w myśl zasady „co nie jest zabronione, jest dozwolone, ale co nie jest wprost dozwolone, jest zabronione funkcjonowało – właśnie w odniesieniu do działalności biegłych rewidentów.
Inspiracją dla wprowadzenia tego rozwiązania było unijne rozporządzenie 537/2014 zwiększające nadzór nad firmami audytorskimi w odniesieniu do badania tzw. jednostek zainteresowania publicznego (JZP), czyli (w pewnym uproszczeniu) instytucji finansowych i spółek giełdowych. Konkretnie chodziło o to, aby ograniczyć konflikt interesów biegłych rewidentów, którzy opłacani są przez podmioty przez nich badane. Im ktoś więcej płaci, tym więcej wymaga, tym większa przewaga emocjonalna, tym większe ryzyko, że opłacany badający przymknie oko na niedociągnięcia płacącego badanego. Dlatego rozporządzenie wprowadziło kilka rozwiązań, w tym tzw. „czarną listę”, tj. wykaz usług, których nie można łączyć z badaniem statutowym danego podmiotu.
Polski ustawodawca poszedł krok dalej i opracował tzw. „białą listę”, tj. wykaz jedynie 10 usług, które biegły może łączyć z badaniem statutowym podmiotów będących JZP. Ta nadgorliwość regulacyjno-nadzorcza spowodowała łatwe do przewidzenia konsekwencje, w tym ograniczenie konkurencji i podniesienie kosztów. Jest w miarę oczywiste, że biegły badający spółkę zdobywa na jej temat olbrzymią wiedzę, w związku z czym może świadczyć na jej rzecz różne usługi lepiej, taniej i szybciej. Jeśli te usługi musimy zamówić u „obcego” biegłego, już na etapie ofertowania musi on założyć pewien margines własnego bezpieczeństwa (nie znając spółki raczej przyjmie ostrożne założenia kierując się zawodowym sceptycyzmem), następnie musi spółkę poznać i dopiero wówczas przejść do świadczenia danej usługi.
Sytuacja była jeszcze bardziej skomplikowana w odniesieniu do dużych emitentów, którzy wybierali duże firmy audytorskie, a jednocześnie funkcjonowali w ramach międzynarodowych grup kapitałowych. Zamówienie jakiejś usługi u biegłego rewidenta przeprowadzającego badanie statutowe, które było dozwolone przepisami unijnymi, ale zakazane na gruncie prawa polskiego powodowało, że polska spółka musiała zwracać się do innej firmy audytorskiej, tym samym ograniczając na poziomie unijnym krąg podmiotów, u których można zamawiać badanie statutowe w związku z obowiązkową rotacją biegłych rewidentów. Prowadziło to do kuriozalnych sytuacji, kiedy jakaś międzynarodowa grupa kapitałowa „z winy” polskiej spółki mogła „wybrać” tylko jedną firmę audytorską i ta firma oczywiście była tego świadoma przy składaniu oferty.
Należy podkreślić, że choć stosowanie „białej listy” powodowało wiele komplikacji, jednocześnie nie podnosiło jakoś istotnie bezpieczeństwa rynku. Wszak podmiot badany podlega nadzorowi KNF, podmiot badający podlega nadzorowi PANA, a dodatkowo istnieje „czarna lista” usług, które uznane zostały za szczególnie wrażliwe. Oczywiście mam świadomość, że są pewne niedociągnięcia biegłych rewidentów, że czasem będzie dochodziło do nadużyć, ale w tym przypadku dążenie do nadmiernego ograniczania ryzyka prowadziło do ograniczenia rozwoju rynku. Lekarstwo okazało się gorsze od choroby.
Już niebawem (a konkretnie 28 maja) regulacje w tym względzie ulegną zmianie. Z jednej strony cieszy, że wyprowadzamy tę „kozę”, ale z drugiej pojawia się daleko idąca irytacja, po co było przez 8 lat mieszkać z nią pod jednym dachem. Niemniej, likwidacja „białej listy” jest kolejnym krokiem deregulacyjnym na polskim rynku kapitałowym, co daje nadzieję, że osiągnięta zostanie masa krytyczna niezbędna do pobudzenia finansowania rynkowego.