Lekki spadek sprzedaży lokali i dalszy wzrost cen, choć już nie tak dynamiczny – to scenariusz bazowy dla sześciu największych aglomeracji w Polsce zakładany przez analityków JLL REAS na ten rok.
– Nie przewidujemy, by na rynku mieszkaniowym miało wydarzyć się coś spektakularnego, o ile nie będzie zawirowań w skali makro. Kluczowym czynnikiem są stopy procentowe, a ponieważ wierzymy, że one się nie zmienią, to popyt się utrzyma, także ten generowany przez inwestorów kupujących lokale na wynajem, mimo że wzrost cen zmniejsza opłacalność tego przedsięwzięcia – mówi Kazimierz Kirejczyk, wiceprezes JLL. Eksperci zakładają też, że popyt będzie dalej podtrzymywany przez akcję kredytową.
JLL REAS prognozuje lekki spadek sprzedaży lokali na sześciu głównych rynkach Polski i dalszy, choć już nie tak dynamiczny, wzrost cen.
Według szacunków JLL REAS ceny mieszkań w ofercie w ub.r. poszły w górę – napędzane wzrostem kosztów wykonawstwa – o średnio 11 proc. przy widełkach 9–13,3 proc. Najmocniej podrożały lokale w stolicy, najmniej w Łodzi.
W 2018 r. pierwszy raz od lat liczba transakcji w sześciu największych aglomeracjach spadła.
Analitycy JLL REAS wstępnie zakładali, że spadek wobec rekordowego 2017 r. przekroczy 14 proc., do 62,5 tys. lokali. Ostatecznie nabywców znalazło 64,8 tys. mieszkań, co oznacza 11-proc. spadek. To także o 4,5 proc. więcej niż w 2016 r. Biorąc pod uwagę wyższe ceny lokali, spadek sprzedaży w ujęciu wartościowym można szacować na 4 proc.
Skąd lepszy od zakładanego wynik? To efekt mocnego zwiększenia oferty przez deweloperów. Na rynek w IV kwartale ub.r. weszło 19,3 tys. mieszkań – to prawie 30 proc. całorocznego wyniku. To drugi, niewiele słabszy, wynik po rekordowym IV kwartale 2007 r. Jak wyjaśniają analitycy JLL REAS, w ostatnim kwartale ub.r. rozwiązał się po prostu worek z inwestycjami, które wcześniej były blokowane m.in. z uwagi na dłuższe oczekiwanie na pozwolenia (sytuację przygniecionych wnioskami urzędów pogorszyły wybory samorządowe) i cięższe negocjacje z wykonawcami.
Za skokiem podaży poszedł wzrost sprzedaży, niemniej tym razem liczba zakupionych lokali była wyraźnie niższa niż wprowadzonych do oferty.
Nominalnie mieszkania są droższe niż tuż przed ostatnim kryzysem, ale jak wskazują analitycy Open Finance, potencjał do dalszych podwyżek jest wciąż spory. Biorąc bowiem pod uwagę inflację, wzrost wynagrodzeń i spadek kosztu kredytu w ciągu dekady, lokale musiałyby podrożeć o jeszcze 50 proc., by w ujęciu realnym mówić o poziomie cen przed kryzysem.