Analizy

Wymarzone warunki do spekulacji

Udało nam się porozmawiać z czwórką inwestorów, dla których giełda stanowi jedyne lub główne źródło utrzymania. Opowiadają o swoich ostatnich transakcjach, tych najlepszych i najgorszych. Mówią też o metodach spekulacji i zaskoczeniu napływem nowych inwestorów na rynek.
Foto: Adobestock

Mają wieloletnie doświadczenie. Spekulują codziennie, zawierając od kilkudziesięciu do ponad stu transakcji na sesję. Patrzą głównie na przepływy kapitału widoczne w arkuszach, wspierają się wykresami i informacjami ze spółek. Każdy mówi, że liczy się elastyczność, bo rynek, jak płeć piękna, zmienny jest. Czasem śpią z akcjami, czasem nie. Czasem pozwalają sobie na większe ryzyko, ale jak rynek nie chce płacić, to szybko się z niego ewakuują. Ostatnie miesiące były dla nich wyjątkowo udane. Każdy przyznaje, że tylu okazji, co ostatnio na GPW nie było od upadku Lehman Brothers. Dzięki temu w kilka tygodni pobili albo mocno zbliżyli się do swojego wyniku za cały 2019 r. Jak na zawodowców przystało, chętnie dzielą się swoimi doświadczeniami i spostrzeżeniami. Nie owijają w bawełnę. Mówią jak jest, nie kreując się na żadnych giełdowych guru.

Nie odpuszczam żadnej sesji

Od początku 2020 r. każdy miesiąc jest dla mnie rekordowy w karierze pod względem nominalnego zysku, więc to jest zdecydowanie najlepszy okres, jaki miałem. A jestem na rynku już blisko 13 lat. Kilka krachów pamiętam, ale takiego szaleńczego odreagowania, jak ostatnio nie – opowiada pan Kamil, który inwestowania uczył się od ojca i z nostalgią wspomina sprawdzanie notowań w Telegazecie. Swój wynik z całego 2019 r., a był to najlepszy jak dotąd rok w jego karierze, pobił już o 30 proc. Jeden z lepszych wyników zrobił w ostatnim czasie na spółce gamingowej - To był Farm 51. Gdy pojawiło się info o rozmowach z potencjalnym inwestorem odnośnie rozwoju World War 3. Rynek mocno wtedy zareagował. Kurs ruszył z okolic 14 zł, a ja byłem jednym z pierwszych kupujących po tej informacji. Następne otwarcie było 10 zł wyżej. Udało mi się złapać prawie cały ten ruch – opowiada. Dla niego okresem najłatwiejszych żniw był początek marcowego krachu. - Lubie te pierwsze sesje krachowe. Ludzie postrzegają to co się wtedy dzieje, jak wielką promocję cenową, bo na skutek pustych arkuszy po stronie kupna otwierają się na -10 proc. a po aktywacji stop lossów spadają do -20 proc. Po chwilowym chaosie i zamroczeniu kapitał zwyczajowo rzuca się na te okazje. I tak często z -20 proc. robi się -10 proc., a czasem kurs wraca do odniesienia w dosłownie parę minut. To są dla mnie najłatwiejsze pieniądze – przyznaje.

Nie wszystkie transakcje układały się jednak tak pomyślnie. - Była nawet jedna sesja, gdy miałem dosłownie wrażenie, że to koniec giełdy. Duże spółki wisiały na -20 proc., przy zleceniach sprzedaży PKC i pustce po stronie kupna. A to były spółki, które tydzień wcześniej kosztowały 100 proc. więcej. Było widać, że na rynku desperacko poszukiwana jest płynność, a za masową sprzedażą akcji stały postawione pod ścianą fundusze inwestycyjne – tłumaczy. Podczas sesji krachowych tylko raz był na minusie, bo jak się okazało wszedł za wcześnie.

W swoim podejściu nie ma sztywnych zasad, ale nigdy nie kłóci się z rynkiem i dostosowuje się do niego na bieżąco. Jak mówi – elastyczność to podstawa. Unika zostawania z towarem na noc. Gra głównie pod odchylenia od kursu zamknięcia, przede wszystkim kupując na korektach spadkowych. - Generalnie szukam rynkowych, chwilowych nieefektywności. Zazwyczaj największe ruchy są z rana, zaraz po starcie sesji, gdy arkusze zleceń są jeszcze puste. Stąd najbardziej aktywny jestem zazwyczaj w tej pierwszej/ drugiej godzinie sesji i jest ona dla mnie zwykle najbardziej dochodowa. Wtedy jest największa zmienność, gdyż zlecenia wpadają do pustego arkusza i szybko potrafią w efekcie zrobić +/- 10 proc. – tłumaczy. Z najbardziej popularnych metod analitycznych korzysta, ale wybiórczo. - Jeśli chodzi o wykresy i AT, to stosuje je w bardzo ograniczonym zakresie. Nie korzystam z żadnych skomplikowanych, wyszukanych metod. Moim zdaniem sprawdzają się klasyki, czyli linie trendu, wsparcia, opory. Najwięcej jednak mówi mi arkusz, relacja ofert kupna i sprzedaży oraz ukryte zlecenia kupna/sprzedaży – tłumaczy.

O spekulacji mówi tak, jakby to było połączenie szachów z potyczką militarną. - Rynek na każdym kroku zastawia na nas pułapki. Trzeba mieć z tyłu głowy, że na giełdzie nikt nie siedzi by rozdawać innym pieniądze. Tu jest ciągła walka i kombinowanie jak wprowadzić przeciwnika w błąd. Jak stworzyć w nim mylne przekonanie co do obrazu obecnej sytuacji, by na koniec zabrać mu pieniądze – słyszę w słuchawce. Pytam go, kiedy skończy się ta euforia, którą od połowy marca widzimy na warszawskim parkiecie. - Dla mnie kryterium identyfikacji końcowej fazy cyklu rynku wzrostowego jest moment, gdy inwestorzy zaczynają pompować spółki śmieciowe (zwłaszcza te w upadłości) i NewConnect, na którym duża część spółek nie reprezentuje sobą zbyt wiele – mówi. Podobnie jak inni moi rozmówcy, był zaskoczony skalą napływu nowych inwestorów na GPW i momentem, w którym się do rynku podłączyli. - Zazwyczaj nowi inwestorzy pojawiają się podczas hossy, głównie na jej końcu. A teraz przyszli w dołku. To było zaskakujące. Oni na pewno zarobili, ale mam przeczucie, że większość z nich odda to z nawiązką. Ten kapitał musi zostać przez dużych graczy wchłonięty, więc myślę, że pojawi się fala spadkowa, przy czym nie jest powiedziane, że pogłębi marcowy dołek. Generalnie rynek taki już jest – najpierw kusi stopami zwrotu, potem daje na zachętę trochę zarobić, a na końcu zabiera co jego. Teraz masa ludzi wpłaciła kasę na rachunki maklerskie i wchodzą na rynek "all in". Na jednym walorze zarobią, to skaczą na drugi. Zarobią na drugim, skaczą na trzeci. Aż w końcu tak skoczą, że "rynek przejedzie ich w dół", jak to się nieładnie mówi – dodaje. Przyznaje jednocześnie, że kibicuje nowicjuszom i ma nadzieje, że część z nich zostanie na rynku na dłużej. - Taki gorący kapitał jest pożądany, bo jest wtedy z kim grać. Jak zostają tylko duzi przeciwnicy, jak JP Morgan, Merrill ,Goldman czy inne zagraniczne fundusze grające na krótko, to wiadomo, że lekko nie będzie bo to rynkowi wyjadacze, którzy jak na polskie warunki można rzec mają nieograniczone pokłady gotówki, a ona tu stanowi główną przewagę. Dlatego też nie jestem zwolennikiem gry na WIG20. Ruchy ceny i wolumeny są tam dla mnie znacznie mniej czytelne niż na mniejszych spółkach. Jest znacznie więcej fałszywych ruchów i zastawianych pułapek. Wolę więc szeroki rynek, gdzie jest ulica i wszystko jest bardziej czytelne – tłumaczy. Pan Kamil giełdę traktuje jak etat. Zaczyna o 7.30, kończy o 17.05. Nie odpuszcza żadnej sesji, bo trzeba być na bieżąco. - Jakby ktoś pytał. Tak. Jestem od tego uzależniony – mówi wprost.

Wszystko jest na taśmie

Jestem na rynku 7-8 lat i wiele rzeczy robię już po prostu na czuja. Główna zasada się nie zmienia: musisz kupić drogo i sprzedać jeszcze drożej, albo sprzedać tanio to, co kupiłeś bardzo tanio – mówi Marek, przedsiębiorca z Lublina, który jako jedyny z moich rozmówców zajmuje się jeszcze czymś oprócz giełdy. Gdy rozmawia ze mną przez telefon, jednocześnie zawiera transakcje na rynku. - Rano pojawiło się trochę informacji, że spółka może korzystać na wyjściu z pandemii. To nie jest wprawdzie najbardziej istotne, bo kluczowe są przepływy. Na wykresie i taśmie widać jednak, że cały dzień stoi sprzedaż po 5,3 zł na dużym wolumenie. Pojawia się mała świeca, przy dużym zleceniu WUJ, więc to jest klasyka, prawdopodobnie wystrzeli. I w takich sytuacjach można wyjąć nawet 0,7-1 zł. Tak powstaje potencjalny temat do gry – relacjonuje mi na żywo... Takich tematów do gry miał ostatnio mnóstwo. - Pojawiły się duże ruchy, był spory napływ informacji i więcej spółek było granych. Trzeba było brać wszystko na czym można było zarobić pieniądze, na spadkach, na informacjach, na wybiciach, etc. Jak jest zmienność, to są najlepsze warunki – mówi. Pytam o jakiś konkretny przykład. - Była ostatnio taka firma doradcza z NewConnect, która co kilka dni podawała komunikat o nowych umowach sprzedaży i za każdym razem powodowało to mocny ruch. Zdarzały się sytuacje, że ludzie nawet nie zdążyli do końca przeczytać komunikatu, a już klikali "enter". Więc czasem trzeba też było wchodzić trochę na ślepo i łapać te ruchy – przyznaje.

Rozmawiamy 27 kwietnia i do tego momentu nie miał od początku miesiąca żadnej stratnej sesji. - Już mi niewiele brakuje, by zysk od początku 2020 r. zrównał się z tym za cały 2019 r. Chociaż zaznaczam, że jest efekt niskiej bazy, bo rok ubiegły do najlepszych nie należał. Niestety, ale po Get Backu nasz rynek zamarł i tych okazji na mniejszych podmiotach było mało. Papiery leżały w miejscu – przyznaje z żalem.

Zapytany o metody, mówi wprost. - Dla mnie kluczowa jest taśma, bo tam widać realne przepływy kapitału. To co pokazują świeczki nie zawsze odzwierciedla to, co tam się w arkuszu dzieje – tłumaczy. - Nie mam jednego modelu gry. Trading to nie jest książka pt. "7 skutecznych metod na zarabianie". Na giełdzie jest sporo powtarzalnych schematów. Trzeba je wyłapywać i pod nie grać. Ten z WUJem i wolumenem to jeden z kilkudziesięciu. Czasem gra się pod pękające stop lossy, gdy kurs potrafi mocno zjechać, a ty łapiesz go na -20 proc. i sprzedajesz na -10 proc. - dodaje. Dziennie potrafi zawrzeć nawet ponad 100 transakcji, bo czasem płynność wymaga wchodzenia częściowego, a czasem chce tylko wyczuć rynek, by nie pokazać od razu „wszystkich kart". Czasem się nie udaje, jak podczas marcowego załamania. - Wtedy kluczowe było, żeby nie spać z akcjami. Raz mi się zdarzyło, że zostałem ze sporą ilością papierów i potem musiałem cały dzień mocno rzeźbić, żeby trochę tych strat odrobić. Błędy są normalne. Nie ma traderów, którym się wpadki nie zdarzają – mówi.

W związku z przypływem nowych graczy, pytam o to, co może ich zgubić. - Wśród nowych inwestorów jest takie podejście, że ma 10 k i wchodzi na rynek tak, że za połowę bierze Kruka i za połowę LiveChat, a potem siedzi na tych papierach. To jest najgorsze, co można zrobić. Bo pakujesz się na rynek "all in", bez poduszki gotówkowej. Dlaczego nie kupić za 2k i potem dokładać, jak spadnie albo wzrośnie? Inwestując od razu wszystko nie pozostawiasz sobie miejsca na reakcję. To jest wtedy hazard – wyjaśnia. Gdy zadaje mu pytanie, które zadaje sobie teraz cały rynek (kiedy skończy się euforia?) odpowiada nie wprost. - Kiedyś się mówiło, że jak były grane akcje pewnego dużego, znanego inwestora, to właśnie to był koniec hossy – słyszę śmiech w telefonie. Na koniec dociekam - skoro tak dobrze ci idzie na giełdzie, to po co ci ta firma? - Sam się nad tym czasem zastanawiam... – odpowiada.

Chce zobaczyć, gdzie wieje wiatr

Dobre było zagranie na Medcampie, gdy pojawiła się informacja, że pracują nad szczepionką na COVID-19. Na starcie sesji akcje były po około 2,6 zł, a w kolejnym dniu kurs łapał górne widełki przy 7,5 zł. Zwrot 200 proc. w 24 h to był chyba jeden z lepszych deali ostatniego czasu. Przypomniały się przez chwilę czasy NFI i pana Karkosika – opowiada Iwona. Z giełdy utrzymuje się od 14 lat. Na co dzień mieszka w Warszawie. Ma licencję maklera. - Dziennie zawieram setki transakcji. Czasem jest ich oczywiście mniej, gdy timing nie jest na najlepszym poziomie, ale bardzo często jest chęć wejścia do gry i poczucia rynku. Chcę zobaczyć gdzie wiatr wieje i jak już go poczuje, to zwiększam pozycję oraz liczbę transakcji. Generalnie staram się grać na spółkach, na których jest duży obrót, ale nie ma tam dużo graczy instytucjonalnych i algorytmów. Wobec tego mój krąg zainteresowania jest poza indeksami WIG20 i mWIG40 – mówi.

Ostatnio na rynku wiało bardzo mocno, więc okazji do gry nie brakowało. - Podwyższona zmienność stwarza okazje. To są idealne warunki do daytradingu. Czy kiedyś spotkałam się z podobnymi? Marcowe wydarzenia najbardziej przypominają mi załamanie z maja 2006 r. Wtedy też indeksy bardzo szybko spadły i nikt nie dowierzał jak w ciągu niecałego roku wspięły się na nowy szczyt – wspomina pani makler.

Gdy pytam o metody gry, używa pokerowych porównań. - Staram się rozgrywać schematy, w których mam statystyczną przewagę. Jeśli ryzyko jest za duże, to go po prostu nie podejmuję. A jeśli coś idzie nie po mojej myśli, to wychodzę z pozycji. W zagraniach spekulacyjnych w krótkim terminie nie liczy się co to za spółka, ale to jaki jest rozgrywany schemat i czy jest wystarczająco miejsca, by znaleźć swój kawałek tortu. Trzeba rozpoznać to, w jaki sposób są prowadzone transakcje na danej spółce, szacując ryzyko dołączenia do gry i próbować – tłumaczy. Przyznaje jednocześnie, że nie ma sztywno określonych limitów strat i zysków. - To wszystko jest dla mnie kwestią wyczucia, intuicji i często jest to trochę automatyczne, wręcz podświadome – mówi. - Nie mam na przykład oporów, żeby kupować coś, co wzrosło o 100 proc. Grunt, żeby to był moment, w którym inni też chcą nabywać dany walor. Dzięki temu mam potencjalnych kupujących, którzy będą zainteresowani moimi akcjami – dodaje. Tak jak inni moi rozmówcy podkreśla konieczność dostosowania się do rynku. - Jak działają newsy, gram pod newsy. Jak działa taśma, gram pod taśmę, etc. Rynek bardzo szybko pokazuje, które metody działają, a które należy w danym momencie porzucić. Gdybym posiadała jedną strategię przez te 14 lat, to już dawno moja przygoda z giełdą by się skończyła – opowiada.

Jej zdaniem istotne jest to, by szanować zyski. - Nie znam osoby, która biorąc zyski nie zarabiałaby na giełdzie. Znam natomiast sporo takich, które zysków nie brały, stawali się inwestorami długoterminowymi i lądowały pod kreską – tłumaczy. Apropo zysków przyznaje, że panująca ostatnio na rynku zmienność wynagrodziła jej już cały ubiegły rok. Pytam, czy czasem mówi sobie „dość"? - Zazwyczaj to sam organizm podpowiada, kiedy przesadzam. Jak czuję się nieswojo i odczuwam niepokój, to znaczy, że pozycja jest za duża – wyjaśnia. Pytam na koniec czy będzie teraz fala C? - Zbyt dużo osób się jej spodziewa, więc pewnie jej nie będzie. Rynek lubi zaskakiwać i często robi coś na przekór oczekiwaniom większości – odpowiada Iwona.

To jest normalna praca

U mnie 80-90 proc. to teraz day trading lub tematy kilkudniowe. Spekuluje pod informacje bieżące. Przykładowo w poprzedni weekend pojawiła się informacja o kamerach w centrach handlowych i momentalnie pojawiły się ruchy na ich producentach i dystrybutorach, jak Sonel, Introl, Vigo Systems. Mam generalnie listę spółek, nazwijmy to "covidowych" i to na nich się obecnie, poza gamingiem, najwięcej dzieje. Ta lista się z dnia na dzień poszerza – opowiada mój ostatni rozmówca, Rafał, kielczanin, który pierwsze większe pieniądze na giełdzie zarobił podczas hossy 2005-2007. Spekuluje głównie na akcjach, trochę na kontraktach. Pytam o najlepsze tematy ostatnich tygodni i od razu słyszę wyliczankę. - Lubawa, Medcamp, Biomed Lublin. Nieźle poszło z Biomaximą, choć tam kupowałem późno, bo po 8-8,5 zł, i nie dotrzymałem do 30 zł. Ale to były dobre wejścia. Jak już się pojawia zysk 100 proc. to wiadomo, że kusi do realizacji. A te "covidowe" spółki dawały przecież po 300-400 proc. - mówi.

Przeholował tylko na kontraktach. - Grałem pod zakończenie fali wzrostowej na WIG20, ale jakoś zakończyć się nie chciała. Podobnie było na WIG.Games. Grałem pod podwójny szczyt, ale rynek szybko mi pokazał, że jestem w błędzie. Na tych krótkich pozycjach trochę poległem, ale nie są to jakiś dotkliwe straty. Bo ja się w takich sytuacjach nie upieram. Uciekam i szukam innych tematów. Na spółkach natomiast nic złego się nie przytrafiło. Jak były stratne pozycje, to w granicach akceptowalności, czyli 5-7 proc. – opowiada. Przyznaje też, że sporo w ostatnim czasie było w spekulacji zyskownego przypadku. - Na przykład akcje Protektora i Lubawy kupowałem zanim pojawiły się większe ruchy, bo założyłem, że one też będą korzystać na epidemii, a rynek w końcu to dostrzeże. I dostrzegł – mówi.

Zazwyczaj jednak na rynek wchodzi, gdy pojawią się trzy rzeczy: temat, obrót i trend. - Staram się wyłapywać swingi, korekty i podłączać się pod te główne ruchy. Ale generalnie gram w to, co jest właśnie na rynku grane. Mam oczywiście stałą grupę spółek, na których spekuluje. Przez lata poznałem je na tyle dobrze, że całkiem nieźle oceniam sytuację i przewiduje ruchy na podstawie tego, co widzę w arkuszu – tłumaczy. Z AT korzysta rzadko. - Analizę techniczną stosuję tylko na początku, gdy wchodzę w nowe spółki. A gdy już mam pozycję i tradeuję, to wystarczy mi arkusz i doświadczenie – wyjaśnia. Pytam, czy zdarzały się momenty zwątpienia? - Największy w 2008 r. Straciłem 40 proc. kapitału. Jeszcze przez 1,5 roku musiałem z czegoś żyć, więc ostatecznie zostało mi 20 proc. kapitału. Udało mi się jakoś wytrwać i odrobić potem straty. Jak się jest tyle czasu na rynku to ma się poczucie, że w końcu rynek zacznie płacić. I tak się dzieje. Trzeba cierpliwości. W zeszłym roku na przykład było sporo marazmu, ale w końcu pojawił się temat OZE. To było mocne ruchy i trzeba było trochę odwagi, żeby się do nich podłączać przy +200 proc. Przecież nikt nie wie, gdzie to się ostatecznie zatrzyma. W przypadku Columbusa dopiero na +1000 proc. - wspomina Rafał. Tak jak pozostali rozmówcy, podchodzi do spekulacji, jak do profesji. - Moja stopa zwrotu za ostatnie 1,5 miesiąca jest mniej więcej taka, jak roczna w ostatnich latach. Giełda jest moim głównym źródłem utrzymania już od wielu lat. Jest jak normalna praca – puentuje.

Na prośbę rozmówców ich dane osobowe zostały zmienione.

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.