Początki nowego rynku to całkowicie inna epoka związana z inwestowaniem. Z jednej strony wakacje 2007 roku to szczyt hossy na polskiej giełdzie. Czas, gdy mieliśmy rekordowe napływy do funduszy akcyjnych, ludzie interesowali się giełdą, a triumfy święciły takie programy telewizyjne, jak Rynki dla opornych w TVN CNBC czy Plus Minus w TVP. Z drugiej strony to też czasy, gdy nie ma za bardzo alternatywy dla inwestowania na GPW. Nie ma łatwego dostępu do rynków zagranicznych, o ETFach nikt nie słyszał, a w literaturze naukowej Polska opisywana jest jako miejsce z luką kapitałową, gdzie trudno o kapitał w wysokości do kilku milionów złotych na finansowanie startupów. Zresztą pojęcia „startup” też za bardzo nikt wtedy nie używał. NewConnect był absolutną nowością.
Czas startu NewConnect będzie odgrywał ogromne znaczenie, ponieważ już kilka tygodni po jego uruchomieniu sentyment na światowych giełdach zaczyna się mocno zmieniać. Jest to spowodowane pogłoskami o problemach amerykańskiego rynku nieruchomości. Zresztą nieco ponad rok od pierwszej sesji na NewConnect upada Lehman Brothers. Moment startu nowego rynku i nowego indeksu do dzisiaj pokutuje, ponieważ przez 18 lat NC Index nigdy nawet nie zbliżył się do pierwotnych wartości, co można właśnie tłumaczyć ówczesnym szczytem hossy.
NewConnect miał swoje różne okresy. Pamiętam boom w latach 2009-2011, kiedy to jednego dnia mieliśmy po 3 debiuty naraz. Aby zrobić skalę rynku wpuszczano na niego wszystkich. Oczywiście zakończyło się to wielkim zawodem, bo wielu inwestorów poczuło się oszukanych. Wierzyli w obietnice spółek, które m.in. miały zapewnić nieśmiertelność (spółka Piotra Tymochowicza). W reakcji na to zaczęto zaostrzać kryteria debiutów na NewConnect i ich liczba mocno spadła. Tak naprawdę nie ma co się skupiać na tym, co działo się na NewConnect aż do 2020 roku, bo to wtedy okazało się, że nadszedł złoty okres. Inwestorzy dosłownie rzucili się na spółki notowane na NewConnect. Pomógł Covid, zerowe stopy procentowe i kilka historii, gdzie stopa zwrotu liczona była w tysiącach proc.. Pojawiło się bardzo wielu nowych inwestorów, po czym sentyment do rynku drastycznie spadł.
NewConnect to rynek inwestorów indywidualnych. Jest dosłownie kilka funduszy, które na nim operują. Dominacja inwestorów indywidualnych sprawia, że notownia zawsze cechują się wysoką zmiennością. Nie dla każdego jest to miejsce do inwestowania, ale też nie zabraniajmy tym świadomym spekulowania. NewConnect jest dla tych, którzy lubią wysokie ryzyko ze wszystkimi jego konsekwencjami i warto to pielęgnować.
Komu płynność?
Problem, który często jest zgłaszany, to oczywiście płynność rynku. Jest kilkadziesiąt spółek, na których toczy się handel, ale na zdecydowanej większości nic się nie dzieje. Z czego to wynika? Identyfikuję sporo spółek, które zapomniały, że są notowane, bowiem nie prowadzą żadnej komunikacji z inwestorami. Szybka analiza wskazała też, że mamy grubo ponad 20 spółek, gdzie akcjonariusze dominujący mają powyżej 90 proc. głosów. Po co takie spółki mają być notowane? Może czas na trudną decyzję i usunięcie przynajmniej kilkudziesięciu spółek? Wiem, że przy usuwaniu spółek z NewConnect pada koronny argument – poszkodowani będą inwestorzy, którzy są aktualnie akcjonariuszami. Jest to prawda, ale inwestowanie na tym rynku wiąże się z takim ryzykiem. Może na otarcie łez wprowadzić po konsultacjach z Ministerstwem Finansów chociaż możliwość zaliczenia całości takiej inwestycji jako koszt podatkowy. Warto tutaj zaznaczyć, że powinno to dotyczyć tylko inwestorów, którzy kupili akcje notowane na rynku, a nie założycieli czy beneficjentów programów menadżerskich. Jest to odważne i rewolucyjne, ale kiedyś trzeba będzie podjąć taką decyzję.