Trzymam w ręku pierwszy numer Gazety Giełdy „Parkiet”. Był 15 lutego 1994 roku. Jednym z głównych tematów na tzw. froncie jest rozmowa z ówczesnym prezesem giełdy Wiesławem Rozłuckim. Mówi on o pomyśle na… rozładowanie długich kolejek przed biurami maklerskimi. Pamięta pan ten moment?
Tak, pamiętam. I nawet moje powiedzenie z tamtych czasów nasuwa mi się do głowy: jest tylko jedna gorsza rzecz od kolejek w biurach maklerskich, a mianowicie – brak kolejek.
Rzeczywiście mieliśmy klęskę urodzaju, czyli znacznie więcej chętnych do wejścia na parkiet niż możliwości zaspokojenia tego popytu przez rynek kapitałowy. Dzisiaj wiele byśmy dali, aby taka sytuacja się powtórzyła.
Pierwsza szalona hossa z lat 1993–1994 wywindowała WIG 20-krotnie. Później z hukiem oddał on 70 proc. wartości. Kolejna hossa w 2000 roku, już w ujęciu globalnym, należała do szybko powstających internetowych firm, a ta z lat 2006–2007 – do deweloperów. Ostatnia hossa, rozkręcana od 2010 roku, to efekt ultraniskich stóp procentowych. Która z tych hoss była dla pana najbardziej szalona? A może któraś z bess?
Wszystko, co przeżywa się pierwszy raz, najbardziej osadza się w pamięci. Tuż przed pierwszą hossą akcje na warszawskiej giełdzie były niedoszacowane. Popularny wśród inwestorów wskaźnik cena/zysk wynosił zaledwie trzy–cztery (obecnie mówi się o niedoszacowaniu spółek na GPW, a wskaźnik ten jest dwa razy wyższy). Akcje były więc bardzo tanie w stosunku do bieżących wyników finansowych, ale również w stosunku do tych przewidywanych. Ponadto polska gospodarka szybko się rozwijała, firmy miały coraz wyższe przychody, zyski i dobre perspektywy. Na początku lat 90. mieliśmy też czas hiperinflacji. Stopy procentowe sięgały kilkudziesięciu procent. W trakcie 1993 roku zarówno inflacja, jak i stopy zaczęły spadać. Alternatywa w postaci lokat bankowych traciła więc na popularności.
Ta mikstura była w 1993 roku dopiero zaczątkiem wzrostu na giełdzie. Dobrze pamiętam wiosnę 1993 roku, kiedy w ciągu jednego miesiąca ceny akcji wzrosły średnio o 100 proc. Wtedy zaczął się już mechanizm bańki spekulacyjnej. Tak gwałtowny wzrost w tak krótkim czasie niejako z automatu zachęcał kolejnych śmiałków do szybkiego i łatwego zysku na giełdzie. Pamiętam wywiad w „Rzeczpospolitej” w czerwcu 1993 roku. Jako niedoświadczony prezes giełdy, zapytany, czy obawiam się krachu, odpowiedziałem, że tak. Argumentowałem, że wyniki spółek nie nadążają za tak gwałtownym wzrostem wycen, ale wybrzmiało tylko słowo „krach”. Indeksy giełdowe spadły, choć na chwilę. Oczywiście byłem przedmiotem krytyki, że jako prezes giełdy niepotrzebnie straszę inwestorów. Niecały rok później, kiedy bańka rzeczywiście urosła i w końcu pękła, słyszałem z kolei głosy i komentarze, że nikt nie ostrzegał inwestorów przed takim scenariuszem. Na tym przykładzie nauczyłem się, co prezes giełdy powinien mówić, a czego nie może mówić. Okazało się również, że ostrzegający traci dwa razy: raz gdy ostrzega, drugi raz gdy ostrzeżenie się sprawdzi. Ludzie mówią, że wykrakał.
Każda hossa na każdym rynku ma początkowo racjonalne powody. Niskie wyceny, spadające stopy procentowe, spodziewana poprawa koniunktury w gospodarce uzasadniają optymizm inwestorów. Dopiero później sam wzrost napędza kolejne, pojawiają się nowi kupujący, zachęceni możliwością szybkiego zarobku. W pewnym momencie inwestorzy przestają patrzeć na fundamenty, a zaczynają się emocje, chciwość. Narasta bańka spekulacyjna.
Współtworzył pan warszawską giełdę, która wystartowała w 1991 roku. Później przez 15 lat był pan jej prezesem, a następnie, po kilkuletniej przerwie – szefem rady nadzorczej. Jaki był przepis na tak długi staż w państwowej spółce i często zmieniające się władze w ministerstwach Skarbu czy Finansów?
Kiedyś to sobie obliczyłem. Przetrwałem 11 premierów i 16 nadzorujących GPW ministrów przekształceń własnościowych lub Skarbu Państwa. To rzeczywiście swego rodzaju rekord. Giełda od samego początku była budowana w sposób niezwykle profesjonalny. Dbaliśmy o infrastrukturę rynku kapitałowego. Chcieliśmy jak najszybciej upodobnić się w sensie organizacyjnym do innych giełd europejskich. To się udało. Dlatego też giełdę w latach 90. bardzo często pokazywano jako symbol udanej transformacji gospodarczej w Polsce. Często mieliśmy wizyty bardzo ważnych osób. Odwiedziła nas królowa holenderska, premierzy, ministrowie różnych krajów. Panował niesamowity entuzjazm, co ważniejsze – uzasadniony.
Drugi powód to skuteczne wykreowanie i umocnienie przekonania, również wśród polityków, że giełda nie jako instytucja, lecz jako rynek, jest bardzo delikatnym mechanizmem, który bardzo źle znosi zewnętrzną interwencję, chociażby władzy. Gdzie stan rynku jest determinowany wiedzą i emocjami tysięcy inwestorów oraz obserwatorów. W związku z tym powszechnie uważano, że niewiele trzeba, żeby ten wizerunek i zaufanie do giełdy zepsuć. Rynek kapitałowy przez te pierwsze kilkanaście lat był niewielkim obszarem. Nie było też aż tylu konfitur. Niestety, z biegiem czasu to podejście do rynku się zmieniło. Konfitury też się pewnie zwiększyły.
Jest moment, jakieś szczególne wydarzenie, które śni się panu po nocach?
Teraz to już mogę ujawnić. Jest taki moment: kwiecień 1994 roku, koniec pierwszej hossy. Inwestorzy chcieli sprzedawać akcje po dotychczasowych wysokich wycenach. Kupujących nagle zabrakło, bo liczyli na korektę, spadki. W arkuszu zleceń pojawiały się więc zlecenia sprzedaży po wysokich cenach i zlecenia kupna po niskich cenach. Nie dochodziło do żadnych transakcji, a oferty były z sesji na sesję coraz mniejsze. WIG przy minimalnych obrotach spadał przez dwie sesje po ok. 10 proc. Zarząd giełdy podjął we wtorek, 12 kwietnia, decyzję, aby na kolejnej sesji, która na szczęście miała się odbyć dopiero za dwa dni, znieść tzw. widełki, czyli dzienne ograniczenia wahań kursów. Na trzy kolejne sesje nie można było też składać zleceń PKC, czyli po każdej cenie. Tylko z limitem. Całkowicie zdaliśmy się na mądrość rynku. To była odważna decyzja. Prawdziwa terapia szokowa. Doszło niejako do zatrzymania serca. Musieliśmy więc zastosować elektrowstrząs, aby przywrócić jego pracę. Pamiętam dobrze krytyczne komentarze w prasie. Znane osoby twierdziły, że należało ograniczyć widełki, a nie je znosić.
No i przychodzi ten czwartkowy moment prawdy. W głowie pojawiły się obawy, że ceny spadną o 90 proc. To się przecież zdarzało na świecie. I że nastąpi totalny krach, chaos. Nadszedł moment ogłaszania jednolitych dziennych notowań. Pamiętam, że zarząd giełdy stał niecierpliwie przy drukarce, z której wychodził papier z kursami. I co się okazało? WIG spadł zaledwie o 6,7 proc. Cztery spółki utrzymały poprzedni kurs, jedna nawet wzrosła. To chyba była najtrudniejsza decyzja w mojej karierze. Gdyby doszło do całkowitego krachu, prawdopodobnie nie byłbym prezesem giełdy przez następne 12 lat.
Jako kilkunastoletni młodzieniec też śledziłem te wydarzenia wpatrując się wtedy w telegazetę. Internetu oczywiście jeszcze nie było. Kilka lat później już jako dziennikarz „Gazety Wyborczej” relacjonowałem serial pt.: „Który z globalnych graczy będzie inwestorem strategicznym GPW”. Najbliżej było nam chyba do giełdy francuskiej, która później przeobraziła się w paneuropejski Euronext. Dobrze się stało, że nic z tego nie wyszło, czy wręcz przeciwnie?
To trudne pytanie. Z rodzaju: co by się stało, gdybym zdążył na pociąg czy samolot, który odleciał? Są takie filmy, które pokazują trzy różne scenariusze. I można sobie puścić wodze fantazji, że byłoby lepiej czy gorzej. Tego nikt nie wie. W tym temacie nie miałem zdecydowanego rozwiązania. Krążyły oczywiście informacje, że jesteśmy blisko sprzedaży giełdy warszawskiej giełdzie paryskiej , londyńskiej czy niemieckiej. Determinacji jednak nie było. Do transakcji było niezwykle daleko.
Miałem własną koncepcję, podzielaną przez zarząd giełdy. Polegała na tym, że jedna z zachodnich giełd kupiłaby pakiet mniejszościowy akcji GPW i pokazała plusy takiego sojuszu. Przekazała know-how, którego nam brakowało, a przede wszystkim kontakty z inwestorami na całym świecie. Jeżeli się wchodzi w sojusz giełdowy, to od razu wchodzi się też w całą sieć setek i tysięcy potencjalnych klientów, inwestorów. Dopiero po kilku latach możliwe byłoby zwiększenie udziałów w GPW przez inwestora branżowego. Pod warunkiem że byłyby z tego owoce. Nie doszliśmy jednak do takiego etapu negocjacji.
Pamiętajmy, że w tamtych czasach giełda warszawska musiała udowadniać światu swoje istnienie. I to pomimo faktu, że już w 1994 roku zostaliśmy jako pierwszy kraj z Europy Środkowo-Wschodniej dzięki pozytywnym rekomendacjom giełd w Nowym Jorku i we Frankfurcie członkiem Międzynarodowej Federacji Giełd Papierów Wartościowych. Kolejna, Giełda Budapeszteńska, została członkiem federacji dopiero dekadę później.
Jest coś, czego żałuje pan z tamtych czasów?
Tak, jest taka sprawa. W latach 2004–2005 mieliśmy koncepcję, aby w Polsce zbudować centrum finansowe na całą Europę Środkowo-Wschodnią. Wymyśliliśmy nazwę Warsaw City i nawet logo tego projektu. Ówczesny wiceminister finansów Igor Chalupec zadzwonił i uprzejmie zapytał, czy może użyć naszej nazwy w rządowej strategii. Daliśmy na to zgodę. Idea była wzorowana na rozwiązaniach zachodnich. W Londynie, w Paryżu, we Frankfurcie czy w Mediolanie do dzisiaj działają organizacje, które odpowiadają za promocję tamtejszych rynków finansowych. W jej skład wchodzą nie tylko instytucje rynku finansowego, ale również firmy audytorskie, doradcze, marketingowe, sieci hoteli, restauracji, agencje turystyczne itd. Odbywają się dwu-, trzydniowe konferencje, wykłady, spotkania zarówno lokalnych, jak i zagranicznych podmiotów finansowych i inwestorów.
Pojawiło się pytanie, skąd wziąć na to pieniądze. GPW była wtedy niemal w całości państwowa, więc był pomysł, aby giełdę sprywatyzować, a część z kilkuset milionów złotych jej zysków wypracowanych przez lata przeznaczyć właśnie na fundację promującą Warszawę jako centrum finansowe. Po moim odejściu z zarządu GPW pomysł zarzucono.
Czy dzisiaj giełda w Warszawie należycie wypełnia swoją rolę? Tak w skali 1–6.
Giełda z dużej litery, czyli GPW jako instytucja, funkcjonuje dobrze. Dałbym piątkę. Jej prezes, Marek Dietl, wywodzi się ze świata funduszy venture capital, więc naturalnie lubi nowe projekty. GPW Benchmark i organizacja stawek WIRON to słuszny kierunek. Większe kontrowersje budzą inne, poboczne pomysły, którym daleko do tzw. core biznesu.
Natomiast giełda z małej litery, czyli rynek, miejsce spotkań firm szukających kapitału na rozwój i inwestorów z pieniędzmi, wyceny spółek, pomnażania oszczędności pozostawia wiele do życzenia. I nie obarczam za to winą samej giełdy, domów maklerskich, czy innych instytucji rynku kapitałowego. Rynek jest pod wpływem ogólnej sytuacji nie tyle gospodarczej, co politycznej. Giełda musi dawać zarabiać inwestorom. Musi też być atrakcyjna dla emitentów, aby wchodzić na parkiet, a przynajmniej z niego nie schodzić. Tymczasem nasze indeksy giełdowe, jak patrzymy na ostatnie 10, 15 czy 20 lat, rozczarowują. Jesteśmy w ścisłym, europejskim ogonie. Powód? Przede wszystkim w naszym WIG20 dominują spółki z udziałem Skarbu Państwa. I to one ściągają w dół indeksy. Nawet jeśli mają lepsze wyniki finansowe. Inwestorzy po prostu się zorientowali, że naczelnym zadaniem czy priorytetem władz takich spółek nie jest budowa wartości dla akcjonariuszy, tylko wykonywanie innych zadań, często zlecanych lub sugerowanych przez władze państwa. Ład korporacyjny poszedł w odstawkę. Do tego coraz szybciej kręci się karuzela stanowisk, która wynika nie ze złych wyników, tylko ze zmiany układów w ramach tej samej partii rządzącej.
Wyceny rynkowe prywatnych firm też jednak pozostawiają wiele do życzenia.
Tu trudniej o jedną odpowiedź. Może nią być zmienna polityka gospodarcza państwa. W Polsce często się wprowadza podatek branżowy od tych sektorów, które notują dobre wyniki finansowe. Pierwszym przykładem był KGHM i tzw. podatek miedziowy. Potem pojawiły się kolejne podatki czy opłaty: od banków, sklepów wielkopowierzchniowych, od producentów cukru… Generalnie patrzy się na spółki giełdowe jako źródło przychodów w budżecie państwa, a nie źródło rozwoju gospodarczego. Równie trudne dla wielu spółek okazało się przejście od wzrostu opartego na taniej sile roboczej do postawienia na zaawansowaną technologię.
Jednocześnie mamy dzisiaj postępującą cyfryzację, globalizację inwestowania i ten krajowy inwestor bardzo łatwo może inwestować, chociażby na giełdzie w Londynie czy w Nowym Jorku. W spółki, które dzielą się zyskami z akcjonariuszami nawet kwartalnie. Ten trend będzie coraz wyraźniejszy.
Wiele lat temu słyszałem takie powiedzenie, że giełda w Pradze od samego początku była traktowana przez władze jak niechciane dziecko. My natomiast przez wiele lat byliśmy z naszego rynku dumni. Teraz to się zmieniło.
Co jest przyczyną tego, że spółki uciekają z parkietu i niechętnie na niego wchodzą?
Wspominane wyżej czynniki. Do tego dochodzą jeszcze zbyt restrykcyjne i kosztowne regulacje. Komisja Nadzoru Finansowego we współpracy z Ministerstwem Finansów implementują co rusz przepisy unijne. Problem w tym, że unijne regulacje są odpowiednie i do udźwignięcia przez zachodnie firmy. Dla polskich, wielokrotnie mniejszych, już nie. Do tego nasz ustawodawca dokłada czasem niepotrzebnie jeszcze swoją cegiełkę, aby przykręcić śrubę.
No i są afery, które zdarzają się oczywiście wszędzie, ale u nas chyba są zbyt bolesne i zbyt częste. Ostatnia to GetBack, który napsuł sporo krwi rynkowi obligacji korporacyjnych, TFI, no i giełdzie.
W tym temacie nie odbiegamy od innych rynków. Wydaje mi się, że nawet afer jest relatywnie mniej. Za oceanem afery też się zdarzają i są o wiele większe. Proszę spojrzeć chociażby na skalę piramidy Madoffa. Podobnie w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii. Nie ma giełdy bez afer, podobnie jak ruchu drogowego bez wypadków.
Swoją drogą kiedyś spotkałem pana Madoffa w roli przewodniczącego rady NASDAQ na konferencji w Hongkongu. Zapytałem go, jak on zarabia pieniądze. Odpowiedział, że małą łyżeczką, tj. jak widzi spread, wchodzi w niego w ramach swojej firmy brokerskiej, aby połączyć kupującego ze sprzedającym i doprowadzić do transakcji. Niedawno obejrzałem film dokumentalny o Madoffie i okazało się, że wszyscy pytali go o to samo.
Mi szczególnie w pamięci zapadła tzw. afera 100 sekund z 2004 roku, w której niby przez pomyłkę pracownik dużego brokera złożył duże zlecenie na kontraktach terminowych na WIG20, doprowadzając do tąpnięcia kursu, a następnie drugie zlecenie, doprowadzając do sztucznego wzrostu. Relacjonowałem tę sprawę w „Gazecie Wyborczej”. Setki drobnych inwestorów straciły w ciągu 100 sekund 5,4 mln zł. Główny beneficjent – powiązana z maklerami spółka z raju podatkowego. Sprawa nie może znaleźć finału sądowego do dzisiaj, choć już dzień po wydarzeniu Jacek Socha, ówczesny przewodniczący Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (dzisiaj jej odpowiednikiem jest Komisja Nadzoru Finansowego) zawiadomił prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. W 2024 roku ulegnie przedawnieniu. Pamiętam, że nie zgodził się pan wtedy na anulowanie tych trefnych zleceń i transakcji. Słusznie – tak po latach?
Pamiętam to niezwykle dobrze. Godzinę przed końcem tej sesji do zarządu giełdy trafił wniosek jednego z domów maklerskich, aby unieważnić błędne transakcje. Mieliśmy zasadę tzw. karta stół. Każdy dom maklerski, wtedy i dzisiaj, powinien mieć mechanizm w postaci informatycznej blokady przed składaniem zleceń bez pokrycia, zarówno w gotówce lub w papierach. Zatem błędne zlecenia powinny zostać zatrzymane na poziomie brokera. Zlecenia trafiły jednak na giełdę, klamka więc zapadła. Proszę sobie wyobrazić sytuację, gdyby giełda jednak unieważniała zlecenia i wynikające z nich transakcje. Takich przykładów, że ktoś celowo, bądź nie, pomylił się, by nam przybywało. To otworzyłoby puszkę Pandory.
I druga rzecz. Na tych trefnych zleceniach zarobiło przy okazji kilkuset drobnych inwestorów. W przypadku unieważnienia transakcji pojawiłyby się zapewne od nich roszczenia. Zwłaszcza że śledztwo wykazało dopiero bodajże po roku, że zlecenia wcale nie były błędne. Złożono je w celu spekulacyjnym bądź manipulacji. My jako zarząd mieliśmy około 30 minut, aby podjąć decyzję o unieważnienie transakcji. Po czasie jestem w 100 proc. przekonany o słuszności naszej decyzji.
Smutne jest to, że mówimy o 2004 roku. Jest 2023 rok i sprawa wciąż nie może znaleźć finału w sądzie. Mało tego. W przyszłym roku się przedawni i zapewne zostanie umorzona.
To tylko potwierdza, że gdybyśmy unieważnili wspomniane zlecenia, zrobilibyśmy błąd, a giełda miałaby zapewne przez lata roszczenia sądowe od kilkuset inwestorów.
Ludzie pewnie już do śmierci będą nazywać tę sprawę jako aferę. Chyba niesłusznie, podobnie jak mieliśmy ponoć aferę Banku Śląskiego w 1994 roku. Tutaj śledztwo trwało dwa, trzy lata i też się okazało, że nie było żadnej listy prominentnych osób, które wcześniej niż przeciętni inwestorzy mieli nabyć więcej akcji, zarejestrować je na rachunkach maklerskich i sprzedać je po wyższej cenie. Pamięć często odrywa się od faktów.
Jak uzdrowić dzisiaj warszawską giełdę? Co zrobić, aby giełda znów pełniła swoją podstawową rolę, czyli była miejscem przepływu kapitału z kieszeni inwestorów do firm szukających kapitału na inwestycje, rozwój?
Nie ma jednej odpowiedzi. Spółki giełdowe muszą znów budować wartość dla wszystkich akcjonariuszy – tych dużych i tych mniejszych. To powinno być ich głównym celem. Nie powinniśmy też opodatkowywać spółek, które mają przejściowo lepsze wyniki finansowe. W przypadku gorszych czasów nie dostają bowiem żadnej rekompensaty od rządu.
Natomiast nie mam zastrzeżeń do infrastruktury rynku. Opłaty i prowizje? To odwieczna sporna sprawa między giełdą a brokerami. Tyle tylko, że obniżenie prowizji nie przynosi tym drugim trwałych korzyści, bo klienci, czyli inwestorzy natychmiast wymuszają podobne obniżki w domach maklerskich.
Powinno się znieść wprowadzony w 2002 roku „tylko na chwilę” podatek Belki?
Środowisko rynku od lat o to postuluje lub chociażby o jego obniżenie. Od lat trwają też prace w ramach rządowej strategii rozwoju rynku kapitałowego. Słyszałem wypowiedź odpowiedzialnej za to pani pełnomocniczki ministra, że jest ona przeciwko… podwyższeniu tego podatku. Ostatnio pojawiła się też opcja, że mniejsi inwestorzy zapłacą niższy podatek, więksi – wyższy. Taki przekaz pokazuje idealnie stosunek władzy do giełdy, do rynku kapitałowego.
W 2021 roku mieliśmy pandemię. Wydawało się, że trudno o rychłego, kolejnego czarnego łabędzia. I w 2022 roku Rosja bestialsko zaatakowała Ukrainę. Widzi pan na horyzoncie kolejnego czarnego łabędzia?
Czarny łabędź z natury jest nieprzewidywalny. Teraz dużo mówi się o wysokiej inflacji i ryzyku recesji w USA i Europie. To już jednak scenariusze, choć mocno negatywne, które są uwzględniane w decyzjach inwestorów, w tzw. w kursach. Zaczyna się nawet pewien optymizm,
Czarnym łabędziem rzeczywiście była pandemia i wojna na Wschodzie. Zaczynając od krachu finansowego w 2008 roku, mówimy już o stadzie czarnych łabędzi. I to mnie martwi, bo znacznie trudniej dzisiaj cokolwiek prognozować. Prognozy niemal zawsze opierają się na kontynuacji trendu. Jeżeli następują tego typu jednorazowe, wyjątkowe zdarzenia, to trwający trend w jednej chwili przestaje istnieć.
Pocieszające jest to, że w niepewnych czasach zachowujemy się, gospodarujemy i zarządzamy bardziej ostrożnie. To nas chroni przed niespodziewanym biegiem wydarzeń. Weźmy banki i kryzys nieruchomości. Wtedy banki pożyczały na prawo na lewo. Bez zabezpieczenia. Wspomniany krach w 2008 roku je zaskoczył. Później polityka ostrożnościowa banków wyraźnie się wzmocniła. Prawdopodobieństwo kolejnego kryzysu na regulowanym rynku finansowym znacząco więc spadło.
Tak na koniec. Najlepsza wskazówka inwestycyjna, jaką kiedykolwiek otrzymałem, albo którą warto się podzielić, to…
Kiedyś byłem w Wenecji na wykładzie dwóch noblistów z ekonomii. Jeden z nich mówił o potrzebie edukacji inwestorów. I słusznie. Po przemowie podszedłem do niego, przedstawiłem się, że jestem prezesem giełdy. Wyraziłem wątpliwość, czy sama edukacja wystarczy, aby osiągać wysokie stopy zwrotu. Zapytałem wprost: co mogę radzić inwestorom jako przedstawiciel instytucji finansowej? „Dywersyfikacja. To jedyna porada, którą pan może w sposób uczciwy i profesjonalny dać ludziom” – usłyszałem. I tego trzymam się do dzisiaj, szczególnie w Polsce.
W czasach komuny robiło się prywatne interesy w handlu czy na walucie, aby zarobić szybko co najmniej 100 proc. To rekompensowało ryzyko. Później ludzie przychodzili i pytali mnie, w co zainwestować, aby podwoić kapitał. Po oczach widziałem, że spodziewano się z reguły wskazania jednej, konkretnej spółki, na którą postawiono by wszystkie oszczędności. Dywersyfikacja nie jest czymś psychologicznie naturalnym, bo zawsze będą w koszyku aktywa gorzej performujące, a nawet stratne.
Dywersyfikacja to jedyna rada, której na początku mojej kariery też do końca nie rozumiałem i nie doceniałem. Mówi się powszechnie, że obligacje to inwestycja mniej ryzykowna. Warto je mieć w portfelu, ale również w tym przypadku należy pamiętać o ryzyku kredytowym oraz ryzyku stopy procentowej. Również waluty czy złoto mogą tanieć w poszczególnych latach. W niepewnym świecie nie warto stawiać wszystkiego na jedną, nawet bardzo atrakcyjną, kartę.
CV
Współtwórca i wieloletni prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Pełnił też funkcję doradcy ministra finansów oraz dyrektora Departamentu Rozwoju Rynku Kapitałowego w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych, członka Komisji Papierów Wartościowych i przewodniczącego rad nadzorczych GPW i KDPW.
Członek rad nadzorczych kilku spółek, w tym giełdowych. Doradca banku Rothschild i prezes zarządu Polskiego Instytutu Dyrektorów.
Absolwent Wydziału Handlu Zagranicznego SGH (SGPiS), doktor geografii ekonomicznej oraz stypendysta British Council w London School of Economics.