Teoretycznie zimę mamy w pełni, ale za oknem zdecydowanie tego nie widać. Aurze pogodowej zdecydowanie bliżej do przedwiośnia, co w tym roku przełożyło się na klimat inwestycyjny obserwowany na giełdowych parkietach.

W październiku minionego roku nastroje przedsiębiorców i inwestorów kreśliły swoje minima. Od tego czasu zauważalnie się one poprawiły i widać to zarówno w zachowaniu indeksów giełdowych, jak i wskaźników PMI. Odreagował także rynek długu, który w obecnym środowisku pozostaje silnie skorelowany z rynkiem akcji. Wspólnym mianownikiem poprawy jest ciepła zima, dzięki której nie zmaterializowały się czarne wizje pogłębiającego się kryzysu energetycznego. Wizje te de facto kulminowały na jesieni, czyli właśnie w okresie kreślenia rynkowych minimów.

Można więc powiedzieć, że obserwowana „hossa” ma bardzo wiele wspólnego z pogodą. Ceny energii bowiem się obniżyły, czego pozytywny wpływ obserwować można na wielu płaszczyznach.

Po pierwsze, poprawiły się nastroje, gdyż gazu nie brakuje, a jego ceny są niższe od oczekiwań. Po drugie, obniżyły się oczekiwania inflacyjne i zmianie uległa także narracja wokół inflacji, która przeobraziła się w dyskusję o dezinflacji. Po trzecie, pojawiły się oczekiwania obniżek stóp procentowych, co znajduje swoje pozytywne przełożenie w wycenach aktywów o dłuższym duration (zarówno obligacji, jak i spółek wzrostowych). Po czwarte, teoretyczna do niedawna dyskusja o uniknięciu recesji stała się bardziej realna. Namacalnym tego symbolem może być wzrost wstępnego styczniowego odczytu złożonego indeksu PMI dla strefy euro ponad newralgiczny poziom 50 pkt, który oddziela recesję od wzrostu.

Paradoksalnie w momencie, gdy poprawiają się dane ankietowe, pogorszyły się twarde dane, zgodnie z którymi wciąż obserwujemy hamowanie aktywności gospodarczej.

W praktyce inwestorzy oczyma wyobraźni widzą już wiosnę w gospodarce. Charakteryzować się miałaby ona powrotem do wzrostu gospodarczego, bez wcześniejszego recesyjnego etapu, przy jednoczesnym spadku tempa inflacji i w konsekwencji obniżającym się poziomie stóp procentowych. To tzw. „goldilocks economy”, czyli umiarkowany wzrost gospodarczy, któremu towarzyszy niższa inflacja. Takie środowisko byłoby korzystne dla większości aktywów i stąd tak udane otwarcie nowego roku na rynkach. Pojawia się jednak pytanie – czy taka wizja jest realna? Czy może przypadkiem inwestorzy nie popadli w zbytni optymizm tylko dlatego, że Europa uniknęła kreślonych jeszcze niedawno kryzysowych wizji?