W maju sprzedaż detalicznych obligacji skarbowych wyniosła niespełna 5,4 mld zł. To najsłabszy wynik od początku roku. Czy jest to sygnał, że rynek zaczyna się nasycać, a inwestorzy tracą zainteresowanie obligacjami?

Majowy wynik należy raczej postrzegać jako konsekwencję wydarzeń z wcześniejszych miesięcy. Przede wszystkim mieliśmy obniżkę oprocentowania obligacji oferowanych przez Ministerstwo Finansów. To spowodowało, że część inwestorów przyspieszyła decyzje zakupowe. Woleli kupić obligacje wcześniej, jeszcze na korzystniejszych warunkach. W efekcie marzec był bardzo dobrym miesiącem pod względem sprzedaży, a później pojawiło się naturalne osłabienie popytu. Nie nazwałbym tego zmianą trendu. To raczej chwilowe przesunięcie zainteresowania inwestorów w czasie. Co więcej, spodziewam się, że w kolejnych miesiącach wyniki sprzedaży mogą być nawet lepsze niż w maju. Wynika to z mechanizmu rolowania obligacji. Kilka lat temu Ministerstwo Finansów wprowadziło obligacje roczne i dwuletnie, które okazały się ogromnym sukcesem. W niektórych miesiącach ich sprzedaż przekraczała nawet 10 mld zł. Teraz część tych papierów osiąga termin wykupu. Inwestorzy odzyskują kapitał i przynajmniej część tych środków będzie ponownie lokowana w obligacje skarbowe. To powinno wspierać wyniki sprzedaży w okresie wakacyjnym.

Reklama
Reklama

Eksperci PKO BP prognozowali niedawno, że w tym roku może paść rekord sprzedaży obligacji skarbowych. Uważasz, że jest to możliwe?

Nie. Oczywiście część środków będzie wracać na rynek poprzez wspomniane rolowanie obligacji, ale nie odbywa się to w relacji jeden do jednego. Widać wyraźnie, że część inwestorów wybiera inne produkty. Trzeba pamiętać również o zmianach wprowadzonych przez Ministerstwo Finansów. Kilka lat temu, gdy inwestorzy masowo umarzali obligacje antyinflacyjne przed terminem po to, aby kupować nowe serie z wyższym oprocentowaniem, resort zdecydował się podnieść opłaty za wcześniejszy wykup. Inwestorzy zwracają uwagę nie tylko na oprocentowanie, ale również na elastyczność. Jeśli wycofanie środków przed terminem staje się bardziej kosztowne, część osób zaczyna rozglądać się za innymi możliwościami inwestowania.

Patrząc na strukturę sprzedaży, największą popularnością cieszą się obecnie obligacje roczne. Co sprawia, że inwestorzy tak chętnie po nie sięgają?

To bardzo prosty i wygodny produkt. Dla wielu osób jest odpowiednikiem lokaty bankowej albo konta oszczędnościowego. Przede wszystkim mamy krótki okres inwestycji. Rok to horyzont, który większość oszczędzających jest w stanie zaakceptować. Do tego dochodzą miesięczne wypłaty odsetek, co dla wielu osób jest dodatkowym atutem. Jeżeli ktoś posiada wolne środki i nie ma konkretnego pomysłu inwestycyjnego, obligacje roczne wydają się naturalnym wyborem.

Czytaj więcej

Zainteresowanie obligacjami skarbowymi przygasło

A co z obligacjami trzyletnimi? Ich popularność wyraźnie spadła.

Kluczową rolę odgrywa oprocentowanie. Kiedy obligacje trzyletnie oferowały blisko 7 proc. rocznie, były bardzo konkurencyjne. Później oprocentowanie spadło do około 6,5 proc., następnie do 6 proc., a dziś jest wyraźnie niższe. Dla wielu inwestorów różnica między 7 proc. a nieco ponad 5 proc. jest istotna. Skoro mają zamrażać środki na trzy lata, oczekują odpowiedniej premii za ten dłuższy okres.

Powoli do łask wracają za to obligacje indeksowane inflacją. Czy jest to efekt obaw o powrót wyższej inflacji?

Prawdopodobnie tak. Część inwestorów obawia się wzrostu cen energii, surowców czy skutków napięć geopolitycznych. W naturalny sposób kieruje ich to w stronę obligacji antyinflacyjnych. Jednocześnie trzeba zauważyć, że inwestorzy indywidualni bardzo często reagują z opóźnieniem. Kupują obligacje antyinflacyjne wtedy, gdy inflacja już wzrosła.

Wspomniałeś na początku o tym, że inwestorzy mogą szukać też innych produktów niż obligacje. To mogą być chociażby listy zastawne, które wracają na polski rynek? To jest produkt dla szerokiego grona odbiorców?

Uważam, że dla wielu inwestorów jest to bardzo interesująca propozycja. Gdybym miał wskazać produkt dla osoby szukającej bezpieczeństwa, listy zastawne znalazłyby się bardzo wysoko na liście. Pozostaje oczywiście kwestia wyceny. Inwestorzy instytucjonalni otrzymują znacznie wyższe premie ponad stawki rynkowe niż inwestorzy detaliczni. Oczywiście emisje kierowane do szerokiego grona odbiorców są droższe organizacyjnie, ale moim zdaniem różnice w oprocentowaniu są zbyt duże. Na razie ten rynek dopiero się rozwija. Konkurencja jest ograniczona. Być może wraz z pojawieniem się kolejnych emitentów warunki dla inwestorów indywidualnych staną się bardziej atrakcyjne.

Czytaj więcej

mBank rusza z ofertą listów zastawnych. Na start płaci 4 procent

Dla tych, którzy akceptują wyższe ryzyko są obligacje korporacyjne?

To prawda, ale trzeba pamiętać, że rynek zmienił swoją strukturę. Coraz więcej emisji trafia do inwestorów poprzez oferty niepubliczne kierowane do klientów wyspecjalizowanych domów maklerskich. Dla przeciętnego inwestora może się wydawać, że ofert jest mniej, ale osoby posiadające większy kapitał nadal mają do nich dostęp. Popyt jest obecny, ale inwestorzy zaczynają coraz ostrożniej podchodzić do dalszego spadku marż. Jeżeli obligacje skarbowe oferują rentowność zbliżoną do 6 proc., pojawia się naturalne pytanie: dlaczego kupować obligacje korporacyjne z podobnym oprocentowaniem, skoro ryzyko jest wyższe? To może oznaczać, że proces kompresji marż zbliża się do końca.