Jeszcze nie teraz. W ubiegłym tygodniu pojawiła się co prawda szansa, że WIG20 ustanowi historyczny szczyt, ale ostatecznie do tego nie doszło. Trzy pierwsze sesje tygodnia stały pod znakiem wzrostów, dzięki czemu nasz flagowy indeks zmniejszył dystans do rekordu wszech czasów na mniej niż 2 proc. W czwartek niedźwiedzie zastopowały jednak drogę rozpędzonym bykom. Te w piątek znów podjęły próbę wspinaczki, ale pod koniec dnia znów podaż dała o sobie znać.

Pierwsza część piątkowych notowań stała jeszcze pod znakiem wzrostów. WIG20 zyskiwał około 0,5 proc. Rosły także inne europejskie indeksy, takie jak DAX czy też CAC40. Europa nie przejęła się więc wydarzeniami z Wall Street czy też z Azji (Kospi znów był na rynkowym rollercoasterze i stracił prawie 6 proc.). W przypadku naszego rynku w górę indeks największych spółek znów pchały banki.

W drugiej części dnia atmosfera na GPW nieco siadła. Byki nie dość, że nie poszły za ciosem, to jeszcze zaczęły ustępować pola. Na dwie godziny przed końcem notowań zaczął na GPW dominować kolor czerwony. Przewaga sprzedających była co prawda niewielka, ale stało się jasne, że ambitne plany zakładające pobicie rekordu WIG20 trzeba odłożyć na później.

Czytaj więcej

Maklerzy ostrzą sobie zęby na miliardy złotych od Polaków z OKI

WIG20 z rekordem na wyciągnięcie ręki

Cały tydzień na GPW można zaliczyć jednak na plus. Warszawa znów pokazała siłę, nie przejmując się chociażby wydarzeniami z Bliskiego Wschodu, nerwowymi reakcjami na Wall Street czy też wspomnianymi już rynkami azjatyckimi.

Używając terminologii górskiej można powiedzieć, że WIG20 rozbił bazę przed atakiem szczytowym i czeka na okienko pogodowe, które pozwoli wspiąć się na szczyt. Na razie pokonujemy wszelkie przeciwności i wydaje się, że takie okienko może pojawić się stosunkowo szybko. Tym samym historia napisałaby się na naszych oczach. Przypomnijmy, że mówimy o rekordzie z 2007 r. Takiej okazji by ustanowić nowy szczyt, aż szkoda zmarnować.