Eskalację traktowano przede wszystkim jako element negocjacji, a spadek inflacji w USA oraz gołębie wypowiedzi prezesa NBP Adama Glapińskiego wspierały oczekiwania na rozpoczęcie obniżek stóp procentowych po wakacjach. Dziś rynek coraz częściej zadaje sobie pytanie, czy nie przekroczyliśmy punktu, w którym geopolityka przestaje być wyłącznie narzędziem negocjacji.
Kolejne dni działań wojennych, napięcia wokół Morza Czerwonego i ryzyko zakłóceń transportu przez Cieśninę Ormuz wywindowały cenę ropy Brent w okolice 95 USD za baryłkę. W efekcie rentowności obligacji skarbowych ponownie zaczęły rosnąć, a inwestorzy ograniczają oczekiwania dotyczące tempa przyszłych obniżek stóp procentowych. Nieprzypadkowo coraz częściej pojawiają się porównania z latami siedemdziesiątymi. Wówczas szok na rynku ropy doprowadził do trwałego wzrostu inflacji i wieloletniej przeceny obligacji.
Historia nie musi się powtórzyć, ale warto pamiętać, że współczesna gospodarka nie jest po prostu mniej zależna od ropy. Zużywa jej znacznie mniej w relacji do jednostki wytwarzanego PKB, jednak jest jednocześnie pięć razy większa i bardziej niż kiedykolwiek uzależniona od sprawnie funkcjonujących globalnych łańcuchów dostaw i stabilnych szlaków transportowych. Dzisiejszy problem nie polega wyłącznie na cenie baryłki surowca, ale na ryzyku zakłócenia przepływu energii i towarów. Na razie swapy inflacyjne nie wyceniają jednak powrotu do lat 70. ubiegłego wieku.