Resort rozwoju pokazał w poniedziałek projekt ustawy „kredytów mieszkaniowych #naStart”. To nowy program wsparcia Polaków, który ma zastąpić dotychczasowe programy: „Bezpieczny kredyty 2proc.” i rodzinne kredyty mieszkaniowe.
Liczne ograniczenia
Zakłada on wprowadzenie kredytów hipotecznych z niskim, okresowo stałym oprocentowaniem (w przedziale 0–1,5 proc.) dzięki dopłatom z budżetu państwa realizowanym przez dzisięć lat. Dostęp do tej atrakcyjnej oferty ma być obwarowany kryterium dochodowym, limitami wysokości pożyczonego kapitału z dopłatami i limitem powierzchni kupowanej nieruchomości.
Zasady są tu dosyć skomplikowane, ale upraszczając, można powiedzieć, że im większa rodzina, tym lepsze warunki. Przykładowo pięcioosobowe gospodarstwo domowe, którego dochody nie przekraczają 23 tys. zł na miesiąc, może liczyć na kredyt z zerowym oprocentowaniem, wartość tego kredytu może sięgnąć 600 tys. zł, zaś powierzchnia nowego lokum – 150 mkw.
Zupełnie inaczej wygląda to w przypadku singla. Tu kryterium dochodowe to tylko 7 tys. zł, oprocentowanie kredytu wynosić ma 1,5 proc., jego wartość nie powinna przekroczyć 200 tys. zł, zaś limit metrażu to 50 mkw.
Ostrzejsze kryterium
Trzeba przy tym zaznaczyć, że wszystkie kryteria i limity nie są wykluczające z udziału w programie. To znaczy ich przekroczenie powoduje jedynie, że pomoc państwa będzie się zmniejszać adekwatnie do przekroczenia, nieco podobnie, jak działa mechanizm „złotówka za złotówkę”.
W porównaniu z pierwszymi założeniami do ustawy, przedstawionymi przez resort w styczniu br., zaostrzono kryterium dochodowe (np. dla singli było to 10 tys. zł, teraz ma być 7 tys. zł). Wprowadzono też m.in. limit wniosków, jakie można składać w jednym kwartale – jeśli ich liczba sięgnie 15 tys., nabór zostanie wstrzymany i przesunięty na kolejny kwartał.
Nowe tanie kredyty mają być dostępne w bankach od III kwartału tego roku do końca 2027 r. W projekcie ustawy oszacowano, że w tym roku sięgnie po nie ok. 35 tys. osób, a w kolejnych latach – średnio po 50 tys. osób (łącznie – 185 tys. osób). Koszty dla budżetu państwa oszacowano na 21,5 mld zł w ciągu dziesięciu lat.
Czytaj więcej
Urlop od rat ma przysługiwać tym, którzy na obsługę kredytu przeznaczają co najmniej 30 proc. dochodu. To dosyć łagodne kryterium – komentują ekspe...
Bez błędów „Bk2”
– Ten program na pierwszy rzut oka wydaje się bardziej atrakcyjny niż bardzo popularny „Bezpieczny kredyt 2 proc.” ze względu na niższe stopy procentowe kredytów z dopłatami – komentuje Jarosław Sadowski, główny analityk Expander Advisors. – Ale przy licznych ograniczeniach jest to oferta bardzo interesująca przed wszystkim dla większych rodzin. Im jednak mniejsza liczba członków rodziny, tym gorzej – zaznacza Sadowski.
Jego zdaniem trudno mieć o to pretensje do rządu. Nowa propozycja zdaje się unikać błędów „Bk2”, który w zasadzie był dostępny dla wszystkich chętnych na zakup pierwszego mieszkania. Był szczególnie atrakcyjny dla singli i par bez dzieci, a skutkiem była m.in. kumulacja nadmiernego popytu w II połowie 2023 r. (złożono wówczas niemal 130 tys. wniosków), co przełożyło się na gwałtowny wzrost cen nieruchomości.
Będzie więcej mieszkań
– Moim zdaniem „Kredyt na start” nie jest takim strasznym diabłem, jak maluje go część rynku – uważa Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl. – Raczej nie spowoduje szturmu kupujących mieszkania na banki ani dwucyfrowego wzrostu cen mieszkań – przewiduje Wielgo.
Według niego ceny mieszkań najpewniej i tak będą rosły, ale nie przez rządowy program. – Jednak choć poprzeczka cenowa pójdzie w górę, to nie można wykluczyć, że dzięki programowi „Na start” przynajmniej cześć firm deweloperskich uwzględni w planach inwestycyjnych budowę lokali w segmencie podstawowym i popularnym, czyli na kieszeń kredytobiorców.