Niektóre statystyki mogą sugerować, że obawy tych wszystkich, którzy pamiętają, że dobra passa deweloperów może mieć fatalne zakończenie, mają szansę się ziścić. Liczba rozpoczynanych budów i wydawanych pozwoleń na budowę jest najwyższa od 2011 r., liczba oddawanych do użytku mieszkań o 10 proc. przewyższa średnią z ostatnich 15 lat (to dużo) i rynek mieszkaniowy przypomina sam siebie sprzed włączenia najwyższego biegu w 2007 r.
Tym, czym się różni obecna kondycja rynku mieszkaniowego od tej z najlepszych (?) lat minionej dekady, jest stan rynku kredytowego. To prawda, że stopy procentowe są historycznie niskie i nikt, kto bierze dziś kredyt, nie płacze za kredytami we frankach. To prawda, że przy oprocentowaniu rzędu 3,5 proc. rata kredytu na 300 tys. zł jest niemal równa tej, jaką trzeba było zapłacić za pożyczenie 200 tys. zł, gdy WIBOR wynosił 4 proc., i kredytobiorcy mogą dzięki temu kupować większe mieszkania. To prawda, że jednak tego nie robią...