Saudyjska gospodarka zdołała w tym roku uniknąć najgorszego scenariusza. Nie doszło do recesji, kryzysu bankowego ani do ataku spekulacyjnego, który mógłby przerwać powiązanie kursowe riala z dolarem. Stabilizacja na rynku ropy naftowej, która na jesieni przeszła w solidny wzrost cen, mocno wparła gospodarkę pustynnego królestwa. Cięcia w produkcji ropy postanowione na ostatnim spotkaniu OPEC, skoordynowane z Rosją oraz dziesięcioma innymi krajami spoza tego kartelu, dają zaś nadzieję, że naftowe odbicie będzie kontynuowane w przyszłym roku. Przy cenie surowca zbliżonej do 60 USD za baryłkę lub wyższej więcej pieniędzy będzie trafiało do saudyjskiego budżetu i ogólnie lepsza koniunktura będzie panowała w miejscowej gospodarce. Kraj wciąż jednak będzie musiał się zmagać z poważnymi problemami strukturalnymi, wdrażać trudne reformy, mozolnie zmniejszać zależność swojej gospodarki od rynku naftowego a także ułożyć sobie na nowo stosunki ze swoim amerykańskim sojusznikiem. Ostatnie z tych zadań jest niezwykle delikatne. Donald Trump, prezydent elekt USA, zasłynął już przecież z krytyki polityki prowadzonej przez Saudów, a szczególnie ze wspierania przez nich radykalnego islamu na całym świecie przy jednoczesnym korzystaniu z amerykańskiej ochrony wojskowej. Saudyjczycy wcześniej mocno liczyli na wygraną wyborczą Hillary Clinton. Wszak przez wiele lat wspierali wielkimi datkami Fundację Clintonów (co zdaniem części komentatorów było zapłatą za przysługi polityczne zapewniane im przez prezydenckie małżeństwo). Okazało się jednak, że wytrawni saudyjscy gracze postawili w wyścigu wyborczym na niewłaściwego konia.