Na pierwszy rzut oka najnowsze prognozy Komisji Europejskiej, opublikowane w poniedziałek, w odniesieniu do Polski napawały optymizmem. KE oceniła, że aktywność ekonomiczna nad Wisłą, mierzona produktem krajowym brutto, wzrośnie w br. realnie o 3,7 proc., zamiast o 5,2 proc., jak sądziła jesienią. To spora rewizja, ale perspektywy większości innych państw UE pogorszyły się równie mocno, choć zwykle były gorsze już jesienią. Dla porównania, prognoza wzrostu PKB całej UE została obniżona z 4,3 do 2,7 proc. Z wynikiem na poziomie 3,7 proc. Polska wciąż należałaby do najszybciej rozwijających się krajów UE.

W raporcie KE kryje się jednak sugestia, że ten wzrost PKB Polski będzie nieco pozorny, a w praktyce zubożejemy niemal równie mocno jak w 2020 r. KE oczekuje bowiem, że PKB na mieszkańca zmaleje w tym roku nad Wisłą o 1,5 proc., po wzroście o 6,5 proc. w 2021 r. i spadku o 2,1 proc. w 2020 r. Takiego zjawiska oprócz Polski doświadczyć mają jedynie Czechy – gdzie PKB per capita również spaść ma o 1,5 proc. – oraz Estonia i Luksemburg.

Wątpliwe założenia

Część ekonomistów oczekuje, że Polska doświadczy w tym roku tzw. technicznej recesji, czyli dwóch z rzędu spadków PKB (oczyszczonego z wpływu czynników sezonowych) w ujęciu kwartał do kwartału. Z takim zjawiskiem mielibyśmy do czynienia po raz pierwszy od kilkunastu lat, bo nawet w 2020 r. – po ostatnich rewizjach rachunków narodowych przez GUS – tak definiowanej recesji nad Wisłą nie było. Spadek PKB kwartał do kwartału oznaczałby jednak wciąż wzrost tego wskaźnika rok do roku. Zjawisko, na które wskazują prognozy KE, byłoby bardziej odczuwalne dla przeciętnego mieszkańca Polski niż techniczna recesja.

Na szczęście te prognozy prawdopodobnie się nie zmaterializują. Spadek PKB per capita byłby możliwy, gdyby populacja Polski wzrosła bardziej niż realny PKB. Komisja Europejska założyła, że tak się stanie z powodu napływu uchodźców z Ukrainy. Na potrzeby swoich prognoz przyjęła, że do Polski przyjedzie na dłużej 2,5 mln Ukraińców. To oznaczałoby wzrost populacji o około 6,5 proc. W ocenie Andrzeja Kubisiaka, wicedyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego ds. badań i analiz, obecnie wydaje się, że napływ uchodźców będzie mniejszy. – Z tej fali, która rozpoczęła się po ataku Rosji na Ukrainę, w Polsce jest maksymalnie 1,5 mln osób, a od ośmiu dni więcej osób na Ukrainę wyjeżdża niż stamtąd przyjeżdża – mówi Kubisiak. Dodatkowych 1,5 mln mieszkańców zwiększyłoby populację Polski o około 3,9 proc.

Jednocześnie KE niemal na pewno nie doszacowała realnego wzrostu PKB Polski w tym roku. W środę GUS wstępnie oszacował, że w I kwartale wskaźnik ten po oczyszczeniu z wpływu czynników sezonowych zwiększył się o 2,4 proc. w stosunku do IV kwartału, a nie o 1 proc., jak przyjęła KE. W rezultacie, jak oceniają ekonomiści, w całym roku PKB może wzrosnąć o ponad 5 proc., uwzględniając techniczną recesję, albo o 6 proc., gdyby jej nie było.

Wiatr w żagle gospodarki

Nawet gdyby KE miała rację i w Polsce faktycznie doszłoby w tym roku do spadku PKB per capita, zjawisko to trudno byłoby porównywać do tego z 2020 r. – Ten spadek PKB per capita były mocno skoncentrowany w grupie uchodźców. Właściwie dotyczyłby tylko tej grupy – oceniają ekonomiści z PKO BP. Jednocześnie na dłuższą metę napływ uchodźców byłby dla polskiej gospodarki bardzo korzystny za sprawą wzrostu liczby osób aktywnych zawodowo. Jak szacował niedawno Mateusz Urban, ekonomista z firmy analitycznej Oxford Economics, ta fala imigracji do 2050 r. może dodać do PKB Polski nawet 4 proc.