Spojrzałem do swojego tekstu sprzed miesiąca i stwierdziłem, że co prawda wiele się od tego czasu zmieniło, ale to, co pisałem w zasadzie się sprawdziło. Oczywiście po drodze było wygrażanie prezydenta Donalda Trumpa Iranowi wymazaniem jego (perskiej?) cywilizacji, ale nie od dzisiaj wiemy, że obowiązuje zasada TACO (Trump Always Chickens Out) mówiąca o tym, że Trump straszy, wygraża, a w końcu, jeśli natrafi na opór, po prostu się wycofuje.

Tak było i tym razem. Zamiast ataku na mosty i elektrownie Iranu było kolejne (już czwarte) przełożenie ultimatum o 14 dni (mija około 21 kwietnia) i zapowiedź rozpoczęcia rozmów. Oczywiste było dla mnie, że od początku zarządzający funduszami czekali na zapowiedź rozmów, bo wiedzieli, że Trump długo tej wojny prowadzić nie może. Wszyscy czekali z palcem nad przyciskiem z napisem „kupuj”, co wynikało ze wszystkich moich rozmów i z tego, jak zachowywały się rynki.

Początek końca korekty na Wall Street miał miejsce 31 marca, kiedy to prezydent zachęcał do kupowania ropy od USA i do pójścia po ropę do Cieśniny Ormuz. Cytuję Trumpa: „USA już tam nie będą i wam nie pomogą” i „Iran jest zdziesiątkowany, a najpoważniejsze zadanie zostało wypełnione”. Do tego prezydent Iranu powiedział, że pod pewnymi warunkami wojna może się zakończyć.

Wzrosty indeksów były potężne, co niespecjalnie mnie dziwiło, bo oprócz nastawienia rynków czekających na byle sygnał było też i to, że indeks S&P 500 dzień wcześniej tracił blisko 10 proc. od szczytu, co w USA uznawane jest za minimalny zakres normalnej korekty. Można więc powiedzieć, że Trump swój sygnał „kupuj” wygenerował w doskonałym technicznie momencie.

Potem było czekanie na kolejne sygnały, ale widać było, że rynki nie mają zamiaru spadać nawet po bombastycznych zapowiedziach Trumpa. Wszyscy czekali na to, że prezydent się wystraszy i mieli rację. W nocy z 7 na 8 kwietnia dowiedzieliśmy się, że jest zawieszenie broni w irańskiej wojnie. Obie strony ogłosiły swoją wygraną, a na rynkach zapanowała euforia. Była naprawdę potężna, mimo tego, że nic nie było przesądzone, a w dowolnej chwili, z powodu byle prowokacji wszystko mogło zacząć się od nowa.

I rzeczywiście rozmowy zakończyły się fiaskiem. Wiceprezydent USA J.D. Vance opuścił Pakistan bez porozumienia. Vance mówił, że zostawił ostateczną ofertę dla Iranu, a rozmowy być może będą kontynuowane. Ja po tym wydarzeniu pisałem, że zapewne fiasko rozmów doprowadzi do umiarkowanie negatywnej reakcji na rynkach akcji i wzrostu ceny ropy. Jednak ciągły optymizm zarządzających przed rozmowami i nadzieje na to, że rozmowy będą trwały powinny w trakcie dnia poprawiać nastroje. Tak też się stało.

A potem było już tylko czekanie na kolejne rozmowy, co prowadziło do wzrostu indeksów giełdowych, przeceny ropy, osłabienia dolara (oczywiście złoty zyskiwał). W dniu pisania tego tekstu (15 kwietnia) indeks S&P 500 atakował rekord wszech czasów. Miałem wrażenie, że moja teza mówiąca o wojnie, która pomaga rynkom zdecydowanie się realizuje. Złe informacje powodują niewielkie pogorszenie nastrojów na rynkach, a każda informacja o rozmowach (nawet mało wiarygodna) wywołuje minieuforię.

Tak więc, paradoksalnie, rzeczywiście wojna Izrael–USA–Iran de facto pomagała bykom na rynku akcji i zwolennikom słabego dolara. Prowadziło to do absurdu, którym jest zapominanie o tym, że korekta na Wall Street rozpoczęła się w lutym, przed wojną. Inwestorzy zapomnieli o problemie rynku kredytów prywatnych, o przeinwestowaniu spółek ze „Wspaniałej Siódemki”, o szykującym się tsunami pozwów cywilnych przeciwko spółkom z tego właśnie segmentu, o problemie Fedu (zwalczać inflację, czy bronić rynku pracy).

Mam wrażenie, że im dłużej będzie trwała niepewność i będą kontynuowane rozmowy, tym wyżej będą szły indeksy, mimo tego, że nadal prawdopodobieństwo prawdziwego happy endu nie jest duże. Owszem, może dojść do jakiegoś kolejnego przedłużenia zawieszania broni, może nawet potrwa to do wyborów w USA, ale problemy tego regionu świata nie znikną. Cena ropy nie spadnie szybko do przedwojennego poziomu poniżej 60 USD/bar.

W kwietniu pomagał też obozowi byków sezon raportów kwartalnych amerykańskich spółek. Ruszył już 13 kwietnia, ale najważniejsze spółki będą publikowały raporty w ostatnim tygodniu kwietnia (a Nvidia w maju). Jest na co czekać, a tymczasem na rynek napływają informacje o dużych inwestycjach w firmach zajmujących się produkcją układów scalonych (to jest raczej niepokojące, bo koszty spółek z AI będą duże). Rośnie też zainteresowanie kolejnym produktem firmy Anthropic (Mythos). Miał być groźny dla rynków finansowych (np. banków), ale Scott Bessent (sekretarz skarbu USA) ostatnio się nim zachwycał, mówiąc, że wyprzedził on osiągnięcia analogicznych modeli chińskich. To też pomagało w podgrzewaniu nastrojów.

Nie można też zapominać o naszej GPW, która 16 kwietnia skończyła 35. rok życia. Uczciła tę rocznicę bijąc dzień wcześniej kolejny rekord trwającej od października 2022 r. hossy. Kolejne rekordy wszech czasów ustanawiał też WIG. Na GPW też od początku wojny widać było niecierpliwe czekanie na zrealizowanie polecenia „kupuj”. WIG20 spadł w okolice 3200 pkt i za nic nie dał się sprowadzić poniżej tego poziomu. Potem było już tylko lepiej. W dniu pisanie tekstu do rekordu wszech czasów tego indeksu (z 2007 r.) zostało już tylko 7 proc. Chyba tylko brazylijska giełda mogła się w tym okresie z GPW mierzyć.

Znakomicie zachowywał się też złoty. Wzrost apetytu na ryzyko przeceniał globalnie dolara, dzięki czemu indeks dolara znowu zaczął testować dolne ograniczenie 17-letniego kanału trendu wzrostowego. Kolejne pokonanie tego poziomu dałoby potężny sygnał sprzedaży dolara i oczywiście umocnienie złotego. Może to nastąpić po podpisaniu jakiegoś trwalszego zawieszenia broni na Bliskim Wschodzie i po zatwierdzeniu Kevina Warsha na stanowisku szefa Fedu przez Senat USA (podobno są z tym problemy).

Co dalej będzie się działo na rynkach? Nie jestem przesadnym optymistą. Wszystko to, co straszyło rynki w lutym jeszcze do nas wróci – najpewniej w maju. Poza tym ciągle czekamy na „połówkowe” wybory do Kongresu USA w listopadzie. Sondaże są dla prezydenta Trumpa bezlitosne – jeśli nic się nie zmieni, to republikanie katastrofalnie przegrają te wybory, co de facto pozbawi prezydent możliwości rządzenia. Wszyscy to wiedzą, więc Trump musi jeszcze coś przed wyborami wymyślić i to jest bardzo poważne zagrożenie dla hossy.