Decyzja Iranu o pełnym otwarciu Cieśniny Ormuz na czas zawieszenia broni działa jak szybkie spuszczenie powietrza z balonu. Rynek w czasie rzeczywistym przelicza scenariusz, w którym jeden z największych globalnych wąskich gardeł podażowych przestaje być aktywnym zagrożeniem. Problem polega jednak na tym, że deklaracja Donalda Trumpa i Iranu co do otwarcia Cieśniny Ormuz to wciąż bardziej deklaracja polityczna niż trwała zmiana fundamentów. Cieśnina jest otwarta, ale blokada amerykańska wobec Iranu pozostaje, a sam status Ormuz jest de facto uzależniony od kruchego zawieszenia broni, które może wygasnąć w ciągu kilku dni. Teoretycznie rozejm minąłby 21 kwietnia. Rynek nie przechodzi z trybu kryzysowego do normalności, tylko z jednego scenariusza ryzyka do drugiego - mniej ekstremalnego, ale wciąż niestabilnego. To jednak dziś zupełnie wystarczy, by zaspokoić oczekiwania inwestorów, którzy rzucili się do kupowania akcji.

Przez ostatnie tygodnie ceny ropy były windowane przez scenariusz fizycznego odcięcia nawet 20% globalnych dostaw. Wystarczyła jedna decyzja polityczna, by ten scenariusz częściowo wycofać i natychmiast zdjąć kilkanaście dolarów premii. Jednocześnie jednak rynek doskonale rozumie, że powrót podaży nawet przy otwartej cieśninie nie będzie natychmiastowy. Przepływy logistyczne potrzebują czasu, by wrócić do normy. W tle pojawia się jednak bardziej strukturalny problem: popyt. Sygnały płynące z IEA i OPEC wskazują na osłabienie popytu na ropę w nadchodzących miesiącach, co w normalnych warunkach byłoby wystarczającym powodem do spadków cen. Tym razem jednak fundamenty mieszają się z geopolityką w sposób, który sprawia, że rynek przestaje reagować liniowo. Zamiast klasycznej równowagi podaży i popytu mamy układ, w którym ceny są funkcją nagłówków i decyzji politycznych.

I właśnie w tym miejscu zaczyna się ciekawsza część układanki reakcja rynku akcji. WIG20 rośnie dziś o ponad 1%, a euforia na Wall Street wyraźnie się przedłuża, z Nasdaq 100 rosnącym o ponad 0,8% do poziomu 26 540 punktów. Rynek zaczyna przypominać osobę uzależnioną od adrenaliny: po każdej fali strachu następuje faza niemal kompulsywnej euforii, tym silniejsza, im głębszy był wcześniejszy stres. Nie jest to jednak wyłącznie „czysty optymizm inwestorów”. Za znaczną część odbicia odpowiadają mechaniczne przepływy kapitału - przede wszystkim fundusze typu CTA, które w środowisku rosnących cen i poprawy momentum są zmuszone do odkupywania akcji. To tworzy efekt samonapędzającej się pętli: wzrosty generują kolejne sygnały kupna, które z kolei podbijają rynek jeszcze wyżej, niezależnie od tego, czy fundamenty rzeczywiście uległy trwałej poprawie.

To wszystko razem tworzy środowisko, które inwestorzy znają z wcześniejszych epizodów napięć - wysokiej zmienności i bardzo krótkiego horyzontu decyzyjnego. Każda informacja o postępie negocjacji spycha ceny ropy w dół i jednocześnie podbija apetyt na ryzyko na rynku akcji. Każda eskalacja może w ciągu godzin odwrócić ten układ. Najważniejsze pozostaje jednak to, że problem Ormuz nie został całkowicie rozwiązany, choć rynek zdecydował się już dziś wycenić ten scenariusz jako najbardziej prawdopodobny. Dopóki kontrola nad tą kluczową arterią energetyczną świata pozostaje narzędziem nacisku, dopóty każda wycena zarówno ropy, jak i aktywów ryzykownych - zawiera w sobie komponent niepewności, którego nie da się usunąć. Obecne wzrosty na rynku akcji oraz spadki ropy wydają się mniej sygnałem stabilizacji, a bardziej kolejną fazą tego samego cyklu: strach, ulga, euforia i potencjalnie znów strach. Po tak potężnych wzrostach S&P 500 i Nasdaq realizacja zysków wydaje się kwestią czasu, ale trzeba przyznać, że ryzyko geopolityczne wobec aktualnych negocjaci Waszyngtonu z Iranem rzeczywiśćie spadło. Powrót działań zbrojnych nie jest nieprawdopodobny, ale z pewnością wydaje się mniej prawdopodobny, niż jeszcze tydzień temu. 

Eryk Szmyd Analityk rynków finansowych XTB