Koszty obniżki VAT i akcyzy na paliwa to około 20–30 mld zł w skali roku – wynika z różnych szacunków. „Pakiet CPN ochroni portfele Polaków. Globalny wzrost cen paliw jest istotnym obciążeniem dla budżetów polskich rodzin”. Brak waloryzacji progów podatkowych przy rosnącej inflacji także jest wzrostem obciążeń polskich rodzin – choć bardziej realnym, a nie nominalnym.

Pomijam w wyliczeniach efekty wtórne opisanych kosztów budżetu, typu więcej pieniędzy w kieszeni Kowalskiego = większe wydatki na inne dobra = większy VAT i inne dochody budżetu. W obu przypadkach są one zbliżone (jako proc. ubytku przychodów budżetu wywołanego zmianami).

Tymczasem: „W związku z deficytem w NFZ (ponad 25 mld zł) rząd planuje cięcia w NFZ. Zmniejszenie liczby świadczeń u lekarzy specjalistów oraz w zakresie diagnostyki ma przynieść 10 mld zł”. Czyli na leczenie pieniędzy nie ma, ale aby koszty używania auta przez Kowalskiego nie wzrosły, są i to nawet znacznie więcej. Zastanówmy się, co jest ważniejsze...

Podwyżka progów podatkowych to zysk dla prawie każdego obywatela około 100 zł rocznie. Ponad 1000 zł w ciągu 10 lat. Obniżka VAT i akcyzy to niższe koszty dla posiadacza samochodu do końca roku o około 1000 zł w przypadku jednego auta w gospodarstwie domowym, ale tylko dla tych, którzy korzystają z samochodów – wielu emerytów nie posiada auta, podobnie młodych ludzi. To oni pośrednio sfinansują dotację dla posiadaczy samochodów – dla nich na „inflacyjną zmianę progów podatkowych” nie ma środków. Teraz nie będzie tym bardziej.

Lekką ręką wydane kilkadziesiąt mld, bez zbadania wpływu na gospodarkę, bez uwzględnienia poprawiającej się sytuacji gospodarstw domowych w ostatnich latach, która sprawia, że podwyżkę paliw (chwilową) są one w stanie zaabsorbować, bez uwzględnienia, że część Polaków nawet nie odczuje wzrostu ceny paliw. Pomysł sfinansowany kosztem przyszłych pokoleń – chciałbym poznać uzasadnienie, czemu dzisiejszy 5-latek ma spłacać w przyszłości dług zaciągnięty na to, aby dziś utrzymywać konsumpcję jego rodziców, bo do tego sprowadza się łagodzenie skutku wzrostu ceny paliwa. Dziś nawet nie ma poważnej ekonomicznej dyskusji ze specjalistami, czy zaproponowane obniżki podatków to dobry pomysł, czy nie ma lepszego sposobu na wydanie tych środków, czy koszty dla gospodarki w dłuższym terminie dla tej obniżki nie przeważają czasem nad zyskami. Ustawa, głosowanie, podpis w niespełna tydzień. Ciekawe, czy gdy wysokie ceny ropy utrzymają się dłużej niż kilka miesięcy, program zostanie przedłużony na kolejny rok. Będzie to rok wyborczy, więc pytanie jest chyba retoryczne.

Jest też drugi pomysł – póki co w fazie rozważań: windfall tax dla spółek paliwowych. Wielokrotnie już o tym pisałem, więc dziś krótko. Rządy rozrzutnie prowadzą politykę fiskalną, rozdając czy utrzymując liczne i kosztowne przywileje i ulgi, ale jak nadchodzi mikrokryzys czy konieczność niewielkiej interwencji, czy to związane z cenami surowców czy stopami procentowymi, to nigdy nie ma pieniędzy na tego typu projekty i zawsze wyciągane są ręce do spółek, którym akurat zdarza się na tym zarobić. Jakoś tak się składa, że najczęściej są to spółki publiczne, które mają w swoich akcjonariatach fundusze PPK/OFE/IKE/IKZE, czyli w części za tego typu pomysły płacą Polacy, którzy – zapobiegawczo – oszczędzają na np. emeryturę. Ciekawe tylko, czemu gdy np. mamy do czynienia z wysokimi cenami pszenicy czy mleka nigdy podatkiem windfall tax nie są obejmowani rolnicy – ci zawsze albo dostają dopłaty (gdy ceny niskie – kosztem reszty społeczeństwa) albo są hołubieni superpreferencyjnymi podatkami czy składkami.

Zwróćmy uwagę, że partie polityczne dostają z budżetu dotację na działalność m.in. promocyjną. Czemu nie właśnie z tych funduszy finansować tego typu jak powyżej opisane przedwyborcze pomysły? Sięganie po pieniądze podatników (dzisiaj albo branie kredytu, który podatnicy spłacą w przyszłości), aby przekazać je wybranym grupom (tu – posiadaczom aut) nie jest moim zdaniem właściwym prowadzeniem polityki gospodarczej. Raczej utrwala złe standardy w zakresie wydawania publicznych pieniędzy: bez analiz, przy wysokich kosztach programów, na koniec bez trwałych efektów – pozostaje po nich jedynie dług. Skutek takiej polityki – w postaci rekordowych deficytów budżetowych i zadłużenia przy rewelacyjnej wręcz koniunkturze gospodarczej – właśnie obserwujemy.