Po zakończeniu poniedziałkowej sesji na Wall Street sprawozdanie finansowe za IV kwartał przedstawić miał producent aluminium Alcoa. To wydarzenie wyznacza nieformalny początek sezonu publikacji wyników kwartalnych amerykańskich spółek.

Jeśli wierzyć analitykom, w minionym kwartale już trzeci raz z rzędu odnotowały one spadek zysków. Ale nawet jeśli te szacunki się potwierdzą, nie musi to oznaczać pogorszenia i tak już słabej w tym roku koniunktury na Wall Street. Przeciwnie, sezon publikacji wyników może inwestorom uzmysłowić, że przecena akcji amerykańskich spółek o 6 proc. w ciągu zaledwie kilku tegorocznych sesji nie była uzasadniona.

Wynikowa recesja

Zebrane przez agencję Bloomberg szacunki analityków sugerują, że zysk netto na akcję spółek z indeksu S&P 500 (średnia ważona liczbą akcji spółek w obrocie) spadł o 6,7 proc. rok do roku. Eksperci tradycyjnie jednak są nadmiernie pesymistyczni. Na początku sezonu publikacji wyników za III kwartał oceniali, że zyski spadły średnio o 6,9 proc. Faktycznie zmniejszyły się o 3,1 proc.

Z naszych wyliczeń wynika, że w minionych trzech latach rzeczywista zmiana zysków spółek przewyższała przewidywaną przez analityków na początku sezonu publikacji wyników średnio o niemal 4 pkt proc. Minimalna różnica wyniosła 2 pkt proc. Ani razu szacunki nie były lepsze niż rzeczywistość. Większą wartość mają prognozy formułowane przez analityków na początku kwartału. W tym wypadku rzeczywista dynamika zysków w ostatnich trzech latach odbiegała od prognozowanej średnio o 1,8 pkt proc., przy czym niekiedy była wyższa, a niekiedy niższa.

Przykładowo, na początku III kwartału br. analitycy spodziewali się, że średni zysk netto na akcję spółek z S&P 500 spadnie o 2,8 proc. W kolejnych tygodniach rewidowali jednak swoje prognozy w dół, aż poprzeczka była zawieszona tak nisko, że spółki z łatwością ją przeskoczyły. Jest niemal pewne, że także wyniki za IV kwartał będą bliższe prognozom z początku tego okresu, zakładającym spadek zysków tylko o 1,5 proc., niż tym najnowszym.

Zapaść w energetyce

Tak czy inaczej, tak długiej „recesji wynikowej" w USA nie było już od ostatniego kryzysu finansowego. Choć wtedy, w latach 2007–2009, zyski amerykańskich firm kurczyły się aż przez dziewięć kwartałów z rzędu, między tamtym okresem a obecnym istnieją pewne niepokojące analogie. Kryzysowa bessa na Wall Street rozpoczęła się w październiku 2007 r., akurat gdy zaczęły się ukazywać wyniki spółek za III kwartał tamtego roku – pierwszy, który przyniósł pogorszenie wyników. Obecna „recesja wynikowa" rozpoczęła się w II kwartale 2015 r. Sezon publikacji sprawozdań finansowych za ten okres ruszył w lipcu. Niedługo później S&P 500 znalazł się w trendzie spadkowym, który utrzymuje się do dziś (szczyt hossy wypadł w maju 2015 r., ale w lipcu S&P 500 po raz ostatni testował majowe maksimum).

W latach 2007–2009 zyski amerykańskich firm topniały jednak w tempie 30-proc. rok do roku, kilkakrotnie szybciej niż obecnie. Miały też bardziej ogólny charakter. Pogorszenie wyników spółek w ostatnich kwartałach było w dużej mierze efektem załamania zysków koncernów energetycznych w związku z ostrą przeceną ropy naftowej. Wyłączając ten sektor, w III kwartale średni zysk netto na akcję spółek z S&P wzrósł o 3,3 proc., a w II kwartale o 5 proc. Podobnie było zapewne w minionym kwartale.

Konsumenci nie zawodzą

Właśnie w związku z tym, że pogorszenie wyników spółek nie odzwierciedla pogorszenia koniunktury w gospodarce USA, część analityków wskazuje, że sezon publikacji wyników może poprawić nastroje inwestorów. Mogą oni bowiem zdać sobie sprawę, że globalne zawirowania, które skłaniały ich do wyprzedaży akcji, nie uderzyły jak dotąd w amerykańskie spółki. – Gdy inwestorzy zaczną się koncentrować na raportach kwartalnych i znajdą w nich przyzwoite prognozy spółek, przestaną się skupiać na sytuacji za granicą – powiedział J.C. O'Hara, główny analityk techniczny w domu maklerskim FBN Securities.

O dobrej koniunkturze w USA zdają się świadczyć dobre wyniki producentów i sprzedawców dóbr konsumpcyjnych wyższego rzędu. W III kwartale zyski należących do S&P 500 spółek z tego sektora wzrosły o 13,1 proc., a w IV kwartale, jak oczekują analitycy o 13,3 proc. Poprawiają się też wyniki w branży medycznej, która także nieźle odzwierciedla wydatki konsumpcyjne w USA.

Średnio rzecz biorąc, ankietowani przez Bloomberga analitycy przewidują, że S&P 500 zakończy rok na poziomie 2216 pkt, co oznaczałoby jego wzrost o ponad 15 proc. wobec piątkowego zamknięcia.

grzegorz.siemionczyk@parkiet.com

Analiza techniczna | Groźna korekta S&P500

Z długoterminowej perspektywy notowania S&P500 znajdują się w układzie hossy. Zwyżka zaczęła się w 2009 r. z poziomu 735 pkt, a jej obecne maksimum (i jednocześnie historyczny rekord wszech czasów) to 2134 pkt. Ten ostatni poziom został osiągnięty w maju ubiegłego roku i od tamtej pory S&P500 znajduje się w fazie rozbudowanej korekty. Pierwsze silne tąpnięcie zdarzyło się w sierpniu. S&P500 zanurkował wówczas w ciągu tygodnia do 1867 pkt. Pułap ten stanowi aktualne dno korekty i jest silnym wsparciem, od którego zależeć może długoterminowy układ kresek. Jeśli bowiem poziom ten zostanie w najbliższym czasie przebity, będzie to oznaczać przerwanie sekwencji istotnych, lokalnych dołków. W takim scenariuszu ostatnią, techniczną deską ratunku będzie poziom 1820 pkt, czyli lokalne minimum ustanowione podczas spadku w październiku 2014 r. Podsumowując – notowania S&P500 zbliżają się do silnej strefy wsparcia 1867–1820 pkt. Jej przebicie może zmienić długoterminowy układ sił na rynku i spowodować, że amerykański rynek wejdzie w układ bessy. Niestety, aktualne zachowanie wskaźników analizy technicznej (MACD, ADX, Parabolic, średnie kroczące) przemawia na korzyść sprzedających.

Bliskość silnych wsparć może oczywiście zadziałać mobilizująco na obóz byków. Jeśli dojdzie do odreagowania, jego najbliższym zasięgiem jest 2000 pkt. Dopiero po jego pokonaniu będzie można liczyć na silniejszy ruch w górę do 2050 pkt, a następnie do historycznego szczytu 2134 pkt. PZ