Parkiet PLUS

Wzrost zatrudnienia wygasa. Eksplozji płac nie będzie

Wzrost zatrudnienia w Polsce słabnie. Ale nawet ci ekonomiści, którzy przyczyn tego zjawiska upatrują w niedoborze pracowników, nie oczekują ostrego przyspieszenia wzrostu płac.

Blisko połowa polskich firm przemysłowych i budowlanych skarży się, że niedobór pracowników hamuje ich rozwój. W usługach ten odsetek zbliża się do 30 proc.

Foto: Adobestock

Postępujące szybko starzenie się ludności w Polsce doprowadzi do potężnego deficytu pracowników, a to z kolei rozpędzi wzrost płac i inflację – ten scenariusz od kilku lat regularnie pojawia się w prognozach instytucji międzynarodowych i wielu krajowych ekonomistów. Żeby nie być gołosłownym: w październiku ub.r. agencja ratingowa Standard & Poor's wieszczyła, że w 2019 r. inflacja w Polsce wyniesie średnio 3,5 proc. właśnie z powodu eksplozji płac. Oceniała też, że ze względu na ograniczoną podaż pracy tzw. potencjalne tempo wzrostu polskiej gospodarki to zaledwie 1,5 proc. rocznie, a aktualne tempo jej rozwoju musi doprowadzić do jej przegrzania, przejawiającego się nie tylko podwyższoną inflacją, ale też rosnącym deficytem na rachunku obrotów bieżących. Mniej więcej w tym samym czasie Bank Światowy wskazywał, że „największym wewnętrznym zagrożeniem dla perspektyw (polskiej – red.) gospodarki jest przyspieszający wzrost jednostkowych kosztów pracy, związany z niedoborem pracowników".

Unikanie nieuniknionego

Polska gospodarka jak dotąd uparcie nie chciała tego scenariusza odegrać. Ludności w tzw. wieku produkcyjnym oczywiście systematycznie ubywa (osób w wieku 20–64 lata było w Polsce w I kwartale br. 22,3 mln, o milion mniej niż cztery lata temu), ale liczba pracujących stale rosła dzięki malejącemu bezrobociu, poprawie wskaźników aktywności zawodowej oraz imigracji. Firmy narzekają wprawdzie jak nigdy wcześniej (i jak niemal nigdzie w UE), że niedobór pracowników stanowi dla nich barierę rozwoju, ale łatwo było to bagatelizować jako wyraz przyzwyczajenia przedsiębiorców do nieograniczonych zasobów taniej siły roboczej. Gdyby rąk do pracy faktycznie brakowało, to zatrudnienie by nie rosło, za to przyspieszałby wzrost płac. Ten zaś pozostaje wyraźnie wolniejszy, niż był dekadę temu, gdy polska gospodarka po raz ostatni rozwijała się tak szybko jak dziś (przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw zwiększa się w tym roku średnio w tempie 7,1 proc., w porównaniu z 10,6 proc. w 2008 r.).

Od kilku miesięcy przybywa jednak sygnałów, że rozpoczął się pierwszy akt wieszczonego nam dramatu. Wzrost zatrudnienia wygasa, co przy silnym wciąż popycie na pracę może oznaczać tylko jedno: ujawniła się bariera podaży. W maju zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw, do którego GUS zalicza podmioty z co najmniej dziesięcioma pracownikami, zmniejszyło się o 2,1 tys. osób, najbardziej od pięciu lat. Pomijając styczeń, gdy GUS aktualizuje próbę przedsiębiorstw, średnio w tym roku zatrudnienie w tym sektorze zwiększa się o 5,8 tys. osób miesięcznie, w porównaniu z 9,5 tys. w ub.r. i 8,7 tys. w 2016 r. W ujęciu rok do roku zatrudnienie wprawdzie wciąż rośnie szybko, średnio w tempie 3,7 proc., po 4,5 proc. w ub.r. i 2,9 proc. w 2016 r. Ale roczna dynamika tego wskaźnika jest mylącą miarą koniunktury na rynku pracy. Obrazuje bowiem głównie efekty wspomnianej zmiany próby przedsiębiorstw, skutkujące skokową zmianą zatrudnienia w sektorze.

Duże i lepiej płacące przedsiębiorstwa są zresztą w uprzywilejowanej pozycji, bo mogą liczyć na dopływ pracowników z innych sektorów, np. z rolnictwa, gdzie zatrudnienie systematycznie maleje. Najszersza miara zatrudnienia w Polsce, opierająca się na Badaniach Aktywności Ekonomicznej Ludności, praktycznie stoi w miejscu. Według BAEL w I kwartale w Polsce pracowało ponad 16,3 mln osób, o zaledwie 0,4 proc. (63 tys.) więcej niż przed rokiem. W poprzednim kwartale liczba pracujących wzrosła o 0,5 proc. rok do roku. Wobec silnego popytu na pracę lawinowo przybywa wolnych miejsc pracy. W I kwartale ich liczba wyniosła 152 tys., o 28 proc. więcej niż przed rokiem. Przy aktualnym tempie wzrostu liczby pracujących tych wakatów nie da się zapełnić.

Hipotetyczne rezerwy pracy

Hipotetycznie zatrudnienie w Polce może jeszcze wzrosnąć, i to znacząco. Gdyby przy dzisiejszej liczbie ludności wskaźnik aktywności zawodowej (odsetek osób w wieku 15–64 lata, które pracują lub poszukują pracy) wzrósł nad Wisłą z obecnego poziomu 69,5 proc. do średniego poziomu w strefie euro (73,3 proc.), to podaż pracy byłaby wyższa o ponad 900 tys. osób. A przecież ta średnia to nie jest twardy sufit dla aktywności zawodowej. Pod koniec ubiegłego roku ekonomiści Narodowego Banku Polskiego szacowali, że biernych zawodowo, których potencjalnie dałoby się zaktywizować, jest nawet 4 mln (wskaźnik aktywności zawodowej wynosiłby wówczas 86 proc., czym obecnie w Europie mogą się pochwalić tylko Szwajcaria i Islandia). Kluczowe jest tu jednak słowo „potencjalnie". W praktyce wskaźnik aktywności zawodowej, który w ciągu ostatniej dekady wyraźnie wzrósł (w 2008 r. wynosił 64 proc.), od szczytu z III kwartału ub.r. maleje. Dzieje się tak, choć wzrost płac w ujęciu realnym w tempie około 5 proc. rocznie powinien sprzyjać aktywizacji. Trudno nie wiązać tego z obniżką wieku emerytalnego oraz programem 500+, który wpływa ujemnie na aktywność zawodową kobiet. – Stawiamy przed sobą większe wyzwania, niż wynikają z samych tylko tendencji demograficznych – przyznaje Piotr Lewandowski, prezes Instytutu Badań Strukturalnych.

Czytaj także: Rynek pracy: Zagadkowy spadek zatrudnienia

Mniejszą, ale łatwiej dostępną dla pracodawców niż bierni zawodowo pulę potencjalnych pracowników stanowią bezrobotni. Według danych BAEL jest ich około 700 tys. Znów jednak ta rezerwa jest dostępna tylko teoretycznie. Co trzeci bezrobotny nie ma pracy od roku lub dłużej. – Długotrwale bezrobotnych trudno jest przywrócić do pracy, bo to często są ludzie, którzy choć deklarują, że szukają zatrudnienia, w praktyce z różnych powodów nie są skłonni do podjęcia pracy – tłumaczy Andrzej Kubisiak, główny analityk firmy Work Service. – Nie widzę powodów, aby długotrwale bezrobotni oraz bierni zawodowo, którzy pomimo trwającego od dwóch lat boomu nie podjęli pracy, mieli to zrobić w najbliższym roku lub dwóch – przyznaje Lewandowski.

Firmy nadal ratuje imigracja, zwłaszcza z Ukrainy, której skala nie jest dobrze oddawana w statystykach zatrudnienia. Ten dopływ pracowników też jednak stopniowo wysycha. – Imigranci z Ukrainy pozwalają przełamywać ograniczenia podażowe na rynku pracy, ale tylko w pewnym zakresie. Wypełniają niektóre luki, ale często nie posiadają potrzebnych firmom kwalifikacji – podkreśla Jakub Borowski, główny ekonomista banku Credit Agricole w Polsce. Andrzej Kubisiak dodaje zaś, że dużym zagrożeniem dla dalszego napływu imigrantów zza wschodniej granicy na polski rynek jest pełne otwarcie dla nich rynków zachodnioeuropejskich (w ub.r. w całej UE zniesiono obowiązek wizowy dla Ukraińców, ale to nie daje im swobody podejmowania pracy). – Bariera podaży na rynku pracy jest potężna – konkluduje Borowski.

Włochy czy Korea Południowa?

Jakie konsekwencje będzie miała stagnacja zatrudnienia, jeśli do niej faktycznie dojdzie? Teoretycznie, przy silnym popycie na pracę, przyspieszyć powinien wzrost płac. – I tak się będzie działo. Ale jednocześnie będzie też drugi efekt: niedobór pracowników będzie tłumił aktywność w gospodarce. Jeśli to osłabienie aktywności będzie silne, to zacznie tłumić wzrost płac – zauważa Piotr Bujak, główny ekonomista PKO BP. Według niego wyraźne spowolnienie rozwoju polskiej gospodarki nadejdzie w 2020 r., gdy wzrost PKB zwolni poniżej 3 proc. – Spowolnienie będzie miało głównie związek z pogorszeniem koniunktury na świecie, w tym prawdopodobną recesją w USA, ale ograniczenia podażowe je pogłębią – wyjaśnia.

Foto: PARKIET

Piotr Lewandowski z IBS mówi o dwóch możliwych scenariuszach. – Jeden to scenariusz południowokoreański. Tam firmy przestawiały się na bardziej kapitałochłonne metody produkcji. Inwestowały w badania i rozwój, stawiały na robotyzację. W efekcie, starzeniu się ludności i słabemu wzrostowi zatrudnienia towarzyszył szybki wzrost produktywności i płac – tłumaczy. – Ale możliwa jest też inna równowaga: kurczącej się populacji nie będzie towarzyszyła zmiana struktury gospodarki, a wtedy wzrost produktywności będzie niemrawy, podobnie jak wzrost PKB i płac. To jest scenariusz włoskiego marazmu – dodaje.

Prezes IBS podkreśla, że w tym momencie nie jest jeszcze przesądzone, którą drogą pójdzie Polska. Drugi scenariusz uprawdopodobnia jednak to, że niedobór pracowników wydaje się zarazem być silnym hamulcem inwestycji. – Moim zdaniem to jest główna bariera inwestycji. Część firm nie może po prostu zmienić techniki produkcji na bardziej kapitałochłonną i one wobec braku pracowników wstrzymują inwestycje. Ale nawet te, które mogą taką zmianę przeprowadzić, potrzebują wykwalifikowanych pracowników – zauważa Jakub Borowski. – Wzrost płac przyspieszy, ale umiarkowanie, nie będzie dwucyfrowy. Nie dojdzie do eksplozji wynagrodzeń – ocenia. Jak tłumaczy, ważny jest tu kontekst globalny. Pozycja polskich firm w globalnym łańcuchu dostaw jest taka, że często nie mogą sobie pozwolić na znaczące podwyżki cen, a w efekcie mają ograniczoną przestrzeń do podwyższania płac. Zresztą firmy działające wyłącznie na lokalnym rynku też cen nie podnoszą, o czym świadczy utrzymująca się poniżej 1 proc. rocznie inflacja bazowa (nieobejmująca cen energii i żywności). To oznacza, że na razie mają możliwość absorbowania wyższych kosztów pracy, np. akceptując niższe marże lub szukając oszczędności gdzie indziej. Ale te możliwości nie są nieograniczone, a jeśli konkurencja będzie nadal trzymała ceny w ryzach, przestrzeń do podnoszenia płac też się wyczerpie.

Różne scenariusze, efekt ten sam

– Moim zdaniem spowolnienie wzrostu zatrudnienia, które jest widoczne ostatnio w danych, to nie jest kwestia wyczerpania się zasobów pracy. To raczej słabość gospodarki strefy euro wpłynęła na nastroje firm, ograniczyła ich skłonność do zatrudniania i rywalizowania o pracowników podwyżkami płac – uważa Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Drugą kwestią jest niemrawy wzrost inwestycji. Zwiększają się tylko publiczne, a prywatne stoją w miejscu, co wiąże się z klimatem regulacyjnym i podatkowym. Efekt jest taki, że popyt na pracę jest słabszy, niż byłby w warunkach szybkiego wzrostu inwestycji – dodaje. Według niego więc to nie brak rąk do pracy jest przyczyną słabnącego wzrostu zatrudnienia i zarazem hamulcem inwestycji, tylko brak inwestycji jest hamulcem wzrostu zatrudnienia. – Problem podaży pracy w Polsce istnieje, ale nie jest tak poważny jak w innych krajach regionu, m.in. dzięki imigracji – dodaje.

To jest interpretacja danych optymistyczna dla polskiej gospodarki, ale nie dla pracowników, którzy liczą na przyspieszenie wzrostu płac. Jeśli rezerwy pracy nie są na wyczerpaniu, to nawet odbicie popytu na pracę, gdy spowolnienie w strefie euro dobiegnie końca, a inwestycje przyspieszą, nie sprawi, że wynagrodzenia będą rosły tak jak przed dekadą.

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.