W wielu scenariuszach rynkowych na ten rok można przeczytać, że Donald Trump zrobi wszystko, aby podtrzymać dobrą koniunkturę na Wall Street. Podobno prezydent traktuje hossę na giełdzie jako jedną z miar swojego sukcesu, więc walcząc o reelekcję w listopadowych wyborach, nie dopuści do głębokiej korekty. To jest celna diagnoza?
Tak. Donald Trump rzeczywiście uważa, że nie uzyska reelekcji, jeśli hossa skończy się przed wyborami. Dlatego doczekaliśmy się porozumienia handlowego z Chinami i dlatego w agendzie prezydenta na ten rok może być porozumienie handlowe z UE, a z pewnością nie będzie w niej ceł na import europejskich aut. Warto jednak pamiętać, że rok wyborów prezydenckich w USA w 90 proc. przypadków jest dla rynku akcji udany.
Rok poprzedzający rok wyborczy jest podobno statystycznie lepszy...
Niezależnie od tego, jak było w przeszłości, w tym cyklu wyborczym zapewne tak będzie. Po roku spektakularnych zwyżek na rynku akcji kolejny rok zwykle też przynosi dodatnie stopy zwrotu, ale mniejsze. Nasi stratedzy oczekują więc, że w 2020 r. hossa w USA będzie kontynuowana, ale indeksy nie skoczą znów o 30 proc.
A jakie realne możliwości wpływania na koniunkturę na giełdzie ma Biały Dom? Zawieszenie broni w wojnie handlowej z Chinami poprawiło nastroje na rynkach, ale czy Trump faktycznie może przez dłuższy czas chronić rynek akcji przez przeceną?
Nie, ale może zrobić sporo. Po wygranej Trumpa w wyborach z 2016 r. Waszyngton zwiększył wydatki publiczne do rekordowego poziomu, dokonał jednej z największych we współczesnej historii USA obniżek podatków i rozpoczął daleko idącą deregulację gospodarki. Nie powinno dziwić, że inwestorzy zareagowali pozytywnie. Teraz nie wiedzą dokładnie, co Trump zrobi w razie wygranej w listopadowych wyborach, ale mają powody, aby wierzyć, że będzie to pozytywne dla cen akcji. I ten scenariusz jest już teraz uwzględniany w notowaniach. Sprzymierzeńcem Trumpa jest zresztą sytuacja w globalnej gospodarce, która pcha zagraniczny kapitał na amerykańską giełdę. Wojna handlowa USA z Chinami odstraszała od chińskiego rynku i ogólnie od rynków wschodzących. Gdy ten czynnik osłabł, pojawiła się epidemia koronawirusa, który znów przegania kapitał z Azji. Europa z kolei boryka się z recesją w przemyśle i bardziej fundamentalnym problemem demograficznym.
Czy to znaczy, że z perspektywy Wall Street wojna handlowa ostatecznie okazała się czymś korzystnym, nawet jeśli zaszkodziła gospodarce USA?
Wpływ polityki handlowej Trumpa na gospodarkę USA trudno jednoznacznie ocenić. Wielu ekonomistów faktycznie twierdzi, że ona stłumiła tempo wzrostu amerykańskiej gospodarki choćby dlatego, że spowodowała niepewność wśród przedsiębiorców. Ale warto pamiętać, że jeszcze przed zawieszeniem broni w wojnie handlowej z Chinami Waszyngton podpisał umowy handlowe z Koreą Południową i z Japonią. Blisko jest też do porozumienia z Kanadą i Meksykiem. Pod pewnymi względami źródeł niepewności w amerykańskim biznesie jest więc mniej niż kilka lat temu. Dlatego można argumentować, że osłabienie wzrostu było efektem podwyżek stóp procentowych przez Fed. A ostatecznie USA właśnie zakończyły pierwszą w znanej historii dekadę bez recesji.
Można się spierać o to, czy to się udało dzięki polityce Trumpa czy pomimo niej?
Obniżki podatków przez administrację Trumpa były silnym bodźcem dla gospodarki. Wraz z dobrą koniunkturą na rynku akcji, którą też można wiązać z prezydenturą Trumpa, wpływało to pozytywnie na nastroje konsumentów. Dzień po wyborach prezydenckich z 2016 r. radziłem inwestorom, żeby kupowali co popadnie. Nie dlatego, że sympatyzowałem z Trumpem, ale dlatego, że oczekiwałem takiego właśnie efektu jego rządów.
Dekada bez recesji robi wrażenie, ale to nie był wcale okres szybkiego wzrostu gospodarczego.
Obiektywnie faktycznie wzrost nie jest szybki. W USA od wielkiego kryzysu z lat 30. XX w. każdy prezydent uzyskiwał reelekcję, jeśli wybory przypadały na okres szybkiego wzrostu. Trump zdaje sobie sprawę z tego, że dziś gospodarka rozwija się wolniej niż w latach, w których wybory przegrywali Jimmy Carter i George W. Bush. A w kręgach demokratów powszechny jest pogląd, że nawet gdyby gospodarka rosła szybciej, Trump mógłby przegrać ze względu na narastające nierówności. Statystyczny amerykański wyborca nie bogaci się proporcjonalnie do tempa rozwoju gospodarki. A przy tym w niektórych stanach, które są kluczowe dla Trumpa, może w tym roku dojść do recesji, nawet jeśli cała gospodarka USA będzie rosła przyzwoicie.
A pańskim zdaniem Trump może przegrać?
To będzie wyrównany wyścig, chociaż wiele zależy od tego, kto będzie rywalem Trumpa. Większość Amerykanów nie lubi, gdy prezydent codziennie im o sobie przypomina. A Trump to robi, choćby swoimi tweetami. Jeśli w szranki z nim stanie ktoś nieco nudniejszy, może się Amerykanom spodobać. Sam Biały Dom najbardziej obawia się wyścigu z Joe Bidenem i Amy Klobuchar w roli jego kandydatki na wiceprezydenta.
Czyjej wygranej obawiają się inwestorzy?
Duet Biden-Klobuchar nie byłby dla rynku zły. Z perspektywy inwestorów jednoznacznie niepożądanym prezydentem byłby Bernie Sanders. To jest polityk, który popiera nietestowane w USA nigdy wcześniej socjalistyczne koncepcje. Jego wygrana w demokratycznych prawyborach na razie wydaje się mało prawdopodobna, ale historia zwycięstwa Trumpa uczy, żeby nie lekceważyć takich scenariuszy. Najlepszym wyborem z perspektywy rynków byłby zapewne Michael Bloomberg, ale znów – na razie nie zanosi się na to, aby zdobył nominację na kandydata demokratów w wyborach. Chociaż nie można tego zupełnie wykluczyć, bo to byłby dla Trumpa niewygodny rywal. Prezydent może straszyć wyborców, że wygrana demokraty będzie dla nich oznaczała utratę pracy i oszczędności, ale w starciu z miliarderem Bloombergiem to nie zadziała.
Wróćmy do wpływu Białego Domu na rynki. Trump jak żaden inny prezydent otwarcie krytykował Fed za zbyt restrykcyjną jakoby politykę pieniężną. W końcu Fed obniżył stopy. Ugiął się czy wymagały tego makroekonomiczne okoliczności?
Teoretycznie Trump ma spory wpływ na Fed. Członków Rady Gubernatorów tej instytucji wybiera prezydent, ale za zgodą Senatu. Trump wybrał już czterech z siedmiu członków tego gremium. Ma jeszcze do obsadzenia dwa wakaty, ale Senat – choć w innych kwestiach nie robi prezydentowi problemów – już kilka razy odrzucał jego kandydatów, bo uważał ich za kontrowersyjnych. Senat zdaje sobie sprawę z tego, że skuteczność Fedu w walce z kryzysem finansowym wynikała z wiarygodności tej instytucji. I nie chce tej wiarygodności podważyć. Trump ma przez to mniejszy bezpośredni wpływ na Fed, niż często sugerują media.
To powiedziawszy, decyzje Fedu mają duży związek z polityką Waszyngtonu. Gdy Trump wygrał wybory, rozpoczął łagodzenie polityki fiskalnej i deregulację. To podgrzało koniunkturę, a Fed rozpoczął cykl podwyżek stóp procentowych zakończony w 2018 r. Wtedy doszło do najdłuższego w historii USA zawieszenia prac rządu z powodu sporu o budżet, a do tego wojna handlowa i brexit powodowały sporo niepewności w globalnej gospodarce. Fed oświadczył, że jeśli to wszystko wpłynie negatywnie na gospodarkę USA, to obniży stopy. Pierwszą obniżkę w 2019 r. Fed określał jako przezornościową, ale wtedy Trump zaostrzył retorykę wobec Chin, co z kolei doprowadziło do dalszych obniżek stóp. Czyli to nie tweety Trumpa krytyczne wobec Jerome'a Powella skłoniły Fed do luzowania, ale jego decyzje. I tak będzie w najbliższej przyszłości.
Wspomniał pan o umowach handlowych podpisanych przez Trumpa. Jego diagnoza była taka, że USA są przez swoich partnerów handlowych wykorzystywane. Czy nowe porozumienia są dla USA korzystne?
Jeśli chodzi o pierwszą fazę porozumienia z Chinami, to powiedziałbym, że USA wygrały. Chiny poszły na więcej ustępstw niż USA. Ale nie jest to jeszcze nowa jakość w handlu, jak Trump obiecywał. On ma jednak pewną rzadką u polityków cechę: potrafi ogłosić zwycięstwo, nawet gdy ponosi porażkę. Jest dobrym sprzedawcą swoich działań. To jest coś, co będzie ważne w negocjacjach z UE. Europejczycy muszą znaleźć sposób, żeby połechtać ego Trumpa. Nawet niewielkie ustępstwo, niezbyt kosztowne dla UE, może sprawić, że Biały Dom będzie przedstawiał umowę jako najbardziej imponującą w historii ludzkości.
Sądzi pan, że w razie reelekcji Trump wypowie wojnę handlową UE? To jest dość popularna teza, że wyciszenie sporów handlowych to tylko taktyczna zagrywka na czas kampanii.
Wiem, że wiele osób się tego obawia, ale osobiście nie wierzę w taki scenariusz. Z perspektywy USA konflikt z UE byłby kosztowny, choćby ze względu na sytuację Boeinga. Jeśli UE nie zezwoli na loty 737 MAX, a produkcja tych samolotów przez cały rok będzie wstrzymana, wzrost amerykańskiego PKB będzie o 0,5 pkt proc. niższy, niż mógłby być w innych warunkach. Nie sądzę, aby taki koszt Trump chciał ponosić, nawet po wyborach. Jest wiele innych punktów spornych. Waszyngton chciałby, aby UE importowała więcej LNG i amerykańskich płodów rolnych, o co będzie trudno, biorąc pod uwagę stosunek wielu państw Europy do żywności GMO. Trump chce też przekonać UE do renegocjacji porozumienia nuklearnego z Iranem. Żeby to osiągnąć, Trump może skorzystać ze swojej sprawdzonej już strategii: najpierw zagrozi UE najgorszym możliwym scenariuszem. Wydaje mi się jednak, że powoli inwestorzy zaczynają rozumieć, że to blef.
Czy frontem konfliktu handlowego między UE a USA mogą być amerykańskie spółki technologiczne? Wiele z nich, jak Google czy Facebook, jest w Europie pod ostrzałem m.in. za to, że płacą za mało podatków. Ale w USA też przecież nie brakuje głosów, że te firmy są zbyt potężne, że mogą wpływać na wyniki wyborów itp.
To bardzo ciekawy temat. Administracja Trumpa sama rozważa postępowania antymonopolowe wobec niektórych spółek technologicznych, ale za granicą będzie ich bronić jak niepodległości. Dość dobrze pokazuje to przypadek Francji, która planowała podatek od usług cyfrowych. Przed Forum w Davos Emmanuel Macron zadzwonił do Trumpa i powiedział, że wstrzyma się z tym podatkiem, jeśli USA zrezygnują z ceł na francuskie sery, wina i towary luksusowe. Trump wyciągnął z tego oczywistą lekcję: cła działają! O podatku od usług cyfrowych myślą jeszcze m.in. Austria i Włochy, a OECD szuka optymalnego sposobu na opodatkowanie globalnych firm technologicznych. Można oczekiwać, że jakikolwiek atak na nie będzie się kończył działaniami odwetowymi USA, nawet jeśli Waszyngton sam je atakuje.
CV
Edward Mills od 2017 r. jest dyrektorem zarządzającym w amerykańskim banku inwestycyjnym Raymond James (bank posiada biuro w Warszawie). Odpowiada za analizy wpływu decyzji politycznych Waszyngtonu na gospodarkę i rynki kapitałowe. Wcześniej pracował w firmie inwestycyjnej FBR & Co. Przez ponad dekadę zajmował się regulacjami usług finansowych oraz inicjatywami wspierania małego biznesu w komisjach Kongresu.