Ludzie rynku

Efekty kryzysu pojawią się z opóźnieniem

WYWIAD | ALEKSANDRA ŚWIĄTKOWSKA, ŁUKASZ TARNAWA z ekonomistami z Banku Ochrony Środowiska, zdobywcami II miejsca w konkursie na najlepszego analityka makroekonomicznego 2020 r., rozmawia Grzegorz Siemionczyk
Foto: materiały prasowe

Ostatnie prognozy w ramach konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego zbierałem na początku roku. Wtedy spodziewali się państwo w I kwartale br. zniżki PKB o 1,5 proc. rok do roku, co oznaczałoby wzrost PKB w porównaniu z IV kwartałem. W całym 2021 r. zakładali wtedy państwo wzrost PKB o około 4,3 proc. Czy ten scenariusz pozostaje aktualny mimo znacznie gorszej, niż można było wtedy oczekiwać, sytuacji epidemicznej?

Aleksandra Świątkowska: Nie skorygowaliśmy naszych prognoz na I kwartał. Nadal sądzimy, że PKB spadnie o 1,5, może 2 proc. rok do roku. Przyznaję, wzrosła niepewność względem końca 2020 r., gdy rozpoczynał się proces szczepień, a nie rozpowszechniły się jeszcze nowe mutacje wirusa. Epidemiczne restrykcje są utrzymywane dłużej, niż oczekiwaliśmy na przełomie lat, nie wiemy też, w jakiej skali w marcu restrykcje zostaną ponownie zaostrzone. Przedłużanie restrykcji nie przyczynia się jednak do tak silnego spadku aktywności jak ich wprowadzenie, dlatego wciąż możliwy jest wzrost PKB w stosunku do IV kwartału. Poprawie aktywności sprzyjać będzie lepszy od założeń początek roku w przemyśle i budownictwie. W całym 2021 r. spodziewamy się obecnie wzrostu PKB o ok. 4 proc.

Ta niewielka rewizja prognozy na cały 2021 r. odzwierciedla obawy dotyczące kolejnych kwartałów w związku z trzecią falą pandemii?

A.Ś.: Tak. Spodziewamy się nieco wolniejszej poprawy aktywności w usługach, w związku z trudniejszą sytuacją epidemiczną oraz powolnym procesem szczepień w Europie. Te efekty równoważy w części bardzo dobra koniunktura w przemyśle, ale nie zakładamy, że utrzyma się ona przez cały rok.

Jak rozumieć to, że wyraźnemu pogorszeniu sytuacji epidemicznej nie towarzyszy fala rewizji prognoz dla polskiej gospodarki? Nasza odporność na utrzymujące się restrykcje wzrosła?

A.Ś.: Ograniczona skala rewizji prognoz w części wynika z lepszych wyników gospodarki w sektorach niedotkniętych bezpośrednio restrykcjami (przemysł, budownictwo), w części natomiast z mniejszej skali spowolnienia także w tych branżach, których restrykcje dotyczą. Dane za IV kwartał ub.r. świadczą o tym, że w kolejnych falach epidemii skala spowolnienia była mniejsza. Na przykład jesienne zamknięcie galerii handlowych nie uderzyło w sprzedaż detaliczną tak jak wiosenne. Należy jednak pamiętać, że wzrost PKB o 4 proc. w tym roku nie jest tak dobrym wynikiem jak analogiczny wynik w okresie przed pandemią, gdyż w dużej mierze wynika z efektu niskiej bazy odniesienia.

Z czego wynika dobra koniunktura w polskim przemyśle?

Łukasz Tarnawa: Na rewelacyjne wyniki przemysłu zarówno na świecie, jak i w Polsce złożyło się kilka elementów. Po pierwsze, ten sektor nie został bezpośrednio dotknięty antyepidemicznymi restrykcjami. Dotyczy to także krajów, w których obowiązują bardzo ostre restrykcje. Po drugie, szeroko zakrojona pomoc publiczna ustabilizowała sytuację na rynku pracy i nastroje konsumentów, co wsparło ich skłonność do wydatków. Po trzecie, dochody gospodarstw domowych, które nie mogły zostać wydane na usługi, zostały wydane na dobra trwałego użytku. A w przypadku niektórych dóbr, np. komputerów, pandemia wręcz wymusiła wzrost popytu.

Powiedzieli państwo jednak, że cały ten rok może nie być dla przemysłu tak udany jak ostatnie miesiące. Dlaczego?

Ł.T.: Mniejszego lub większego przygaszenia koniunktury w przemyśle można oczekiwać niezależnie od rozwoju sytuacji epidemicznej. Nasz bazowy scenariusz zakłada, że od II kwartału gospodarki zaczną się otwierać. Zatem stopniowo będzie się zwiększać dostępność i w efekcie popyt na usługi, co stłumi dotychczasowy popyt na towary, tym bardziej że nasycenie nimi wyraźnie wzrosło. Nastąpi więc pewna normalizacja popytu na dobra przemysłowe. W warunkach globalnego ożywienia produkcja będzie nadal rosła, ale nie tak spektakularnie jak w ostatnich miesiącach. Z kolei w alternatywnym scenariuszu dalszego pogorszenia sytuacji epidemicznej i utrzymania restrykcji wobec sektora usługowego doszłoby prędzej czy później do silniejszego dostosowania zatrudnienia, pogorszenia nastrojów konsumentów i ogólnego osłabienia popytu, w tym na produkty przemysłowe. To wszystko przy założeniu, że rządy nie będą mogły bez końca stabilizować rynku pracy.

Tematem, który budzi dziś wiele emocji zarówno na rynkach finansowych, jak i wśród konsumentów, jest przyspieszająca inflacja. Czy epoka niskiej inflacji, trwająca na świecie od ponad dekady, dobiega końca?

A.Ś.: Naszym zdaniem jest zbyt wcześnie na takie wnioski. W największych gospodarkach – w USA i strefie euro – w 2020 r. doszło do silnego spadku inflacji, częściowo wskutek załamania cen ropy naftowej, ale także w wyniku spadku inflacji bazowej (nieobejmującej cen energii i żywności – red.). Przy tak niskich bazach odniesienia oraz oczekiwanej poprawie sytuacji gospodarczej okresowy solidny wzrost inflacji na świecie jest więc bardzo prawdopodobny. Nie oznacza to jednak trwałej reflacji. Rynki pracy w większości krajów będą jeszcze w 2021 r. w wyraźnie gorszej kondycji niż przed pandemią. W tej sytuacji w 2022 r. można oczekiwać wyhamowania inflacji.

W Polsce w 2020 r. inflacja była zaskakująco wysoka, średnio rzecz biorąc, przekraczała wyraźnie 3 proc. A w świetle najnowszych prognoz Departamentu Analiz Ekonomicznych NBP ani w tym roku, ani w kolejnych, nie należy oczekiwać wyraźnego spadku inflacji.

A.Ś.: W Polsce w 2020 r. mieliśmy do czynienia z odmiennymi niż na świecie tendencjami inflacyjnymi. Podobnie jak na rynkach zagranicznych tąpnęły ceny paliw i one faktycznie będą w 2021 r. wyraźnie podbijały inflację. W 2020 r., pomimo szoku gospodarczego, silnie wzrosła natomiast inflacja bazowa. Bardzo wysoka baza odniesienia oraz ostrożny scenariusz ożywienia aktywności w gospodarce skłaniają nas do prognozy spadku inflacji bazowej w 2021 r. W tym roku nie oczekujemy powrotu presji płacowej, co potwierdzają wyniki badania NBP w sektorze przedsiębiorstw. (tzw. szybki monitoring – red.). Nie wskazały one także, by firmy oczekiwały dalszego wzrostu cen wytwarzanych przez siebie dóbr, choć należy przyznać, że część wskaźników (np. subindeksy PMI) wskazuje na wyższą presję kosztów.

Ł.T.: Rynek finansowy wybiega daleko w przód, antycypując inflacyjne skutki programów fiskalnych. To w połączeniu z sygnałami wyższych kosztów produkcji, odbiciem cen surowców buduje oczekiwania reflacyjne. Nie można jednak zapominać, że gospodarka wychodzi z bardzo poważnego kryzysu. Konsekwencje tego szoku, które zostały czasowo złagodzone przez pomoc publiczną, będą się jeszcze ujawniać, a koszty pandemii (zarówno wydatkowanie publicznych środków, jak i utrata potencjału wytwórczego firm) będą hamowały aktywność gospodarczą i w dłuższym okresie wzrost inflacji.

Utrata potencjału, która nastąpi, jeśli upadały będą firmy, przy stabilnych dzięki tarczom antykryzysowym dochodach gospodarstw domowych brzmi jak przepis na wysoką inflację...

Ł.T.: Kryzys podaży nie pozostanie bez wpływu na dochody gospodarstw domowych i popyt. Pomoc publiczna pomogła ograniczyć skrajne scenariusze, niemniej wolniejsze tempo wzrostu zatrudnienia i wynagrodzeń jest faktem. Popyt, szczególnie na usługi, będzie się odradzał powoli, np. linie lotnicze spodziewają się, że powrócą do przedpandemicznej aktywności dopiero za kilka lat. Ponadto globalny pandemiczny wzrost zadłużenia publicznego w średnim okresie obniży oczekiwane tempo wzrostu gospodarczego, szczególnie że wzrost długu nie był wynikiem wzrostu wydatków prorozwojowych.

W Polsce prognozy popytu konsumpcyjnego utrudnia niejednoznaczna sytuacja na rynku pracy. Niektóre dane wskazują na wyraźny spadek zatrudnienia, inne, np. wyniki Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności, sugerują wręcz, że pandemia przyczyniła się do wzrostu zatrudnienia.

A.Ś.: Na pewno możemy ocenić, że dzięki pomocy publicznej nie mamy do czynienia ze scenariuszem poważnego kryzysu na rynku pracy, ale też sytuacja nie jest tak dobra jak przed pandemią. Szersze i jednoznaczne wnioski utrudnia fakt, że poszczególne statystyki dotyczą tylko wybranego obszaru rynku pracy, np. dane GUS na temat zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw i w gospodarce narodowej obejmują tylko osoby zatrudnione na umowy o pracę i podlegały bardzo wysokiej zmienności, także pod wpływem rozwiązań z tarcz antykryzysowych. Dane BAEL obejmują szersze spektrum form zatrudnienia, jednak nie obejmują imigrantów, a ich sytuacja w trakcie 2020 r. zmieniała się też bardzo mocno. Ponadto widzimy rosnące zróżnicowanie sytuacji na rynku pracy w poszczególnych sektorach. To też przyczynia się do pewnych zmian w strukturze zatrudnienia, np. w najsilniej dotkniętej gastronomii czy zakwaterowaniu zatrudniani są głównie młodzi ludzie. Zatem lockdown w tych branżach poskutkował silnym spadkiem aktywności zawodowej wśród młodych osób.

Według BAEL zakończyliśmy 2020 r. ze stopą bezrobocia na poziomie 3,1 proc., blisko historycznego minimum. Przed nami ożywienie gospodarcze. Spodziewają się państwo spadku tego wskaźnika?

A.Ś.: Standardowo w warunkach ożywienia rzeczywiście oczekiwalibyśmy spadku stopy bezrobocia. W 2021 r. przewidujemy jej stabilizację. Z jednej strony należy oczekiwać umiarkowanego wzrostu popytu na pracowników, ale z drugiej dobiegną końca okresy, w których firmy korzystające z pomocy publicznej są zobligowane do utrzymania zatrudnienia na niezmienionym poziomie. Dla wielu firm 2021 r. będzie nadal zmaganiem się o wynik finansowy, co może wymuszać redukcję kosztów, także osobowych.

W państwa scenariuszu makroekonomicznym, zakładającym nieśmiałe ożywienie gospodarcze i spadek inflacji bazowej, długo nie będzie miejsca na podwyżki stóp procentowych z rekordowo niskiego poziomu?

Ł.T.: Uwarunkowania makroekonomiczne, doświadczenia banków centralnych z ostatniej dekady, a także wyraźnie gołębie poglądy większości członków RPP, pozwalają oczekiwać, że stopy procentowe w Polsce pozostaną bez zmian co najmniej do pierwszych miesięcy 2022 r., tj. do końca kadencji obecnej RPP. Wydaje się jednak, że nawet po zmianie składu Rady jej skłonność do zacieśniania polityki pieniężnej będzie umiarkowana. W retoryce przedstawicieli banków centralnych na całym świecie dominuje obecnie przekonanie, że trudniej wyjść z okresu recesji i zagrożenia deflacją, niż stłumić inflację, która może się pojawić po dłuższym okresie łagodnej polityki pieniężnej.

ŁUKASZ TARNAWA | Od 2011 r. główny ekonomista i dyrektor biura analiz makroekonomicznych BOŚ. Wcześniej, od 2004 r., pełnił tę samą funkcję w PKO BP. Jest absolwentem SGH, Uniwersytetu w Derby i Uniwersytetu Staffordshire.

ALEKSANDRA ŚWIĄTKOWSKA | Od 2011 r. ekonomistka w Banku Ochrony Środowiska. Wcześniej pracowała w PKO BP, gdzie była kierownikiem zespołu analiz makroekonomicznych. Absolwentka SGH.

Ekonomiści BOŚ to najbardziej utytułowany zespół analityczny w Polsce. W 2020 r. zajęli drugie miejsce w konkursie średnioterminowych prognoz makroekonomicznych „Parkietu" i „Rz". W 2013 r. byli zwycięzcami tej rywalizacji, a w 2019 r. ponownie znaleźli się na podium, na trzeciej pozycji. W latach 2017–2019 wygrywali w konkursie krótkoterminowych prognoz makroekonomicznych i rynkowych „Parkietu". W 2016 r. zajęli drugie miejsce.

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.