Inwestycje

Krzysztof Borowski. Czy na kryzys jesteśmy przygotowani, jak Polacy na mundial?

Prof. Krzysztof Borowski ze Szkoły Głównej Handlowej był gościem Piotra Zając w piątkowym Parkiet TV. Rozmawialiśmy m. in. o tym, czy grozi nam kolejna recesja i jak się na nią przygotować.

Prof. Krzysztof Borowski ze Szkoły Głównej Handlowej

Foto: parkiet.com

10 lat temu upadł Lehman Brothers, co stało się symbolem tamtego kryzysu. Czy świat finansów wyciągnął z tego jakąś lekcję i teraz jest bardziej odporny na tego typu wstrząsy?

Krzysztof Borowski: Wyciągnęliśmy wnioski i dokonaliśmy regulacji rynków do tego stopnia, że mówi się wręcz o przeregulowaniu. Problem w tym, że po jakimś czasie świat o tej lekcji zapomni i górę znów weźmie chciwość. Ten mechanizm zawsze powoduje wzrost cen akcji, a także poszukiwanie luk we wspomnianych regulacjach. Banki inwestycyjne kochają anarchię i im mniej przepisów, tym lepiej. Dlatego uczą się omijania przepisów, by móc swoją chciwość materializować. Żeby tego uniknąć regulator musiałby świetnie przewidywać ruchy banków i być zawsze o krok przed nimi. Praktyka pokazuje jednak, że luka zawsze się znajdzie i dopiero po czasie wszyscy się tego dowiadujemy. Najlepiej obrazuje to afera związana z GetBackiem.

Ten mechanizm pokazuje, że to właśnie kwestie emocjonalne są niezmienne. Tym samym tamten kryzys raz na zawsze pogrzebał przekonanie, że człowiek jest homo economicusem, który zawsze postępuje racjonalnie? Tym samym podkopane został podwaliny ekonomii klasycznej i modelowego/matematycznego opisywania ekonomicznej rzeczywistości?

Koncepcja homo economicusa sprowadzała nas trochę do roli terminatora, który zawsze wie co wybrać , bez namysłu i wątpliwości wie, która opcja jest najlepsza. Okazuje się jednak, że ludzie postępują nieracjonalnie. To balansowanie między ryzykiem i stopą zwrotu nie jest łatwe do modelowania. Historia pokazuje, że średnio kryzys przychodzi co 20-30 lat i za każdym razem słyszymy najdroższe słowa świata: „tym razem będzie inaczej". Po czym się okazuje, że mechanizm jest identyczny jak zawsze – w jakimś segmencie napompowano bańkę, która nagle pęka i wywołuje panikę.

Historia uczy nas, że ludzie nie uczą się historii.

Wydaje mi się, że następuje zmiana pokoleniowa. Jedno pokolenie schodzi z rynku, a wchodzi nowe. Z moich obserwacji wynika, że w USA średnio co 20 lat jest bańka na rynku nieruchomości. Taki okres wystarczy by doszło do wymiany pokoleń i ta nowa grupa musi przejść tę samą ścieżkę, którą przeszli poprzednicy.

Ostatnio pojawiło się kilka raportów, które mówią, że kolejny kryzys czai się tuż za rogiem. Czy Pan obawia się, że nadchodzi załamanie?

Obawy pewne mam, ale pozostaje spokojny, gdy ludzie mówią o kryzysie. Bo dopóki o nim mówią i się go boją, to znaczy, że jego nie będzie. Dobrze pamiętam bańkę 99/2000. Wtedy nikt się niczego nie bał, oczy przesłaniały spółki informatyczne. Dekadę temu też hasłem podstawowym było „sky is the limit". Skoro teraz jest atmosfera obawy, to moim zdaniem nic złego nam nie grozi. Choć oczywiście dostrzegam niepokojące sygnały, jak chociażby dywergencja w rozwoju bankowości w USA i Europie. Choć z drugiej strony, gdyby za oceanem miało dojść do jakiegoś pogorszenie sytuacji, to kapitał mógłby płynąć na rynki wschodzące. Co jest jakąś szansą także dla nas.

10 lat temu byliśmy zieloną wyspą. Czy teraz też jesteśmy dobrze przygotowani na ewentualny kryzys, czy raczej tak, jak piłkarze na mundial?

Jeśli chodzi po Polskę to niepokoi mnie jedna rzecz. Otóż raporty makroekonomiczne sugerują, że nasza gospodarka ma się dobrze, tymczasem giełda tego nie odzwierciedla. A przecież powinno być tak, że „Parkiet" powinien być barometrem koniunktury. Boje się więc, że gdyby tempo naszego PKB spadło, to giełda mogłaby zareagować jeszcze większymi zniżkami. Wygląda to bowiem tak, jakby parowóz miał pełną parę, ale koła stoją w miejscu. A właściwie widać też niepokojącą skale wycofań spółek z GPW. Trochę nadziej pokładam w PPK, choć trudno jeszcze oszacować ile pieniędzy trafi bezpośrednio do akcji.

Każdy kryzys zazwyczaj poprzedza, jakaś bańka. Czy dostrzega pan gdzieś taki spekulacyjny balon?

W każdej hossie klaruje się jakaś moda, dominujący trend, ale nigdy do końca nie wiadomo skąd przyjdzie zaskoczenie. Film „Big short" pokazał, że prawdziwe niebezpieczeństwo widzieli nieliczni. Na ten moment wydaje mi się, że w USA zagrożeniem mogą być spółki technologiczne, czy to duże dot-comy, czy producenci gier. W Polsce na przykład niepokoi mnie rozgrzany rynek nieruchomości.

Nie niepokoją pana np. polityka Trumpa, sytuacja Turcji i Argentyny, różnica w politykach monetarnych w USA i strefie euro, czy fakt, że Wall Street jedzie na północ, a reszta świata na południe?

Faktycznie na rynkach mamy teraz mecz USA vs reszta świata. Jeśli chodzi o kraje latynoskie, to już się przyzwyczaiłem, że co kilka lat w jednym z nich wybucha kryzys. Turcja jest zaskoczeniem, ale myślę, że dużą rolę odegrały zmiany polityczne. Nie podoba mi się to, że Włochy zatrzymały się w rozwoju. Wygląda na to, że ich model gospodarczy się wyczerpał i nie mogą złapać drugiego oddechu. A to jest jednak duża gospodarka, bardzo ważna dla globalnego ładu ekonomicznego.

To na koniec może mała rada... Jak przygotować się na czarny scenariusz? Czy można jakoś zdywersyfikować portfela, a może schować pieniądze do tapczanu albo wejść w kryptowaluty?

Historia pokazuje, że podczas kryzysu kapitał obiera kilka standardowych kierunków. W pierwszej kolejności widać ucieczkę w kierunku kruszców – złota, srebra, platyny. Popularnością cieszą się też alternatywy – sztuka, wino. Jeśli chodzi o rynek kapitałowy, to zazwyczaj większość spółek od raz leci o 20 – 30 proc. i ciężko znaleźć podmiot odporny na zniżki. Z obligacjami bywa różnie, w zależności od poziomu stóp. Na rynku walutowym atrakcyjne stają się frank i dolar. Ewentualnie dobra luksusowe mają taką zasadę, że im gorzej tym lepiej, więc i tutaj można szukać bezpiecznej przystani. W kwestii kryptowalut widzę ogromny potencjał w technologii, która za nimi stoi.


Wideo komentarz