Gospodarka - Kraj

GUS: Inflacja wyniosła 4,6 proc. rdr w marcu 2020

Inflacja w marcu wyniosła 4,6 proc., minimalnie mniej niż w lutym, gdy była najwyżej od jesieni 2011 r. Na silniejszy spadek nie pozwoliła drożejąca gwałtownie żywność. W warunkach recesji, w kolejnych miesiącach inflacja powinna jednak wyhamować.
Foto: Fotorzepa, Jakub Mikulski

Jak podał w środę GUS, indeks cen konsumpcyjnych (CPI), główna miara inflacja w Polsce, wzrósł w marcu o 4,6 proc. rok do roku, po zwyżce o 4,7 proc. w lutym. Ankietowani przez „Parkiet” ekonomiści przeciętnie spodziewali się odczytu na poziomie 4,4 proc.

W środowych danych GUS uwagę zwraca przede wszystkim wzrost cen żywności i napojów bezalkoholowych o 8 proc. rok do roku, po 7,5 proc. w lutym. Szybciej produkty z tej kategorii drożały poprzednio w maju 2011 r. Sama żywność podrożała jeszcze bardziej, o 8,6 proc. To głównie efekt wzrostu cen mięsa (o 15,3 proc. rok do roku) oraz owoców (o 19,3 proc. rok do roku).

Z marcowego odczytu inflacji nie należy jednak wyciągać daleko idących wniosków. GUS, tak jak inne urzędy statystyczne, w związku z epidemią Covid-19 ma trudności z gromadzeniem danych o cenach. Wynika to m.in. z tego, że niektóre towary i usługi przez część marca nie były dostępna w sprzedaży (bilety do kina, usługi fryzjerskie). GUS nie mógł też wysyłać ankieterów do punktów sprzedaży, musiał polegać na innych źródłach danych.

Większość ekonomistów uważa, że na dłuższą metę epidemia koronawirusa, która wpędzi polską gospodarkę w pierwszą od 30 lat recesję, będzie tłumiła inflację. Stłumi bowiem popyt konsumpcyjny i zahamuje szybki w ostatnich latach wzrost płac. Ankietowani przez „Parkiet” na początku kwietnia ekonomiści przeciętnie oceniali, że w II połowie br. inflacja w Polsce będzie wynosiła średnio 2,7 proc., czyli będzie w pobliżu celu inflacyjnego NBP (2,5 proc.).

Część ekonomistów ostrzega, że inflacyjne skutki może mieć polityka pieniężna NBP, który w reakcji na epidemię obniżył główną stopę procentową w Polsce o 1 pkt proc., do najniższego w historii poziomu 0,5 proc., i sięgnął po niekonwencjonalne narzędzia, m.in. skup obligacji skarbowych na rynku wtórnym.

Dyskusja o tym, czy bezprecedensowe poluzowanie polityki pieniężnej przez banki centralne poskutkuje wyskokiem inflacji, toczy się jednak na całym świecie. I większość jej uczestników uspokaja, że obawy są przedwczesne.

- Jeszcze bardziej niż podczas poprzednich okresów spowolnienia, Fed, EBC i Bank Anglii na różne sposoby poszerzają swoje instrumentarium. Tabu, takie jak bezpośrednie pożyczki banków centralnych dla przedsiębiorstw, pomijające sektor bankowy, czy monetyzacja długu publicznego, są łamane – tłumaczy w środowej analizie Kallum Pickering, ekonomista z banku Berenberg. - To bezprecedensowe działania, ale bezprecedensowy jest też szok. Jeżeli banki centralne nie chcą dopuścić do tego, aby na nieuchronną recesję nałożył się jeszcze kryzys finansowy, taka polityka jest potrzebna – dodaje.

Jak tłumaczy Pickering, banki centralne nie drukują nadmiaru fizycznego pieniądza, który jest nieuzasadniony ilością dostępnych dóbr i usług. Tworzą jedynie wirtualny pieniądz, który zaspokaja zwiększone zapotrzebowanie na płynność w sytuacji, gdy mniej tej płynności dostarcza sektor prywatny (w postaci kredytu). Inflacja mogłaby się pojawić, jeśli banki centralne nie ograniczą płynności, gdy zapotrzebowanie na nią spadnie. – To jednak nic nadzwyczajnego, to się dzieje w każdym cyklu polityki pieniężnej – przekonuje ekonomista.  

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.