Gospodarka - Kraj

Na jaką tarczę antykryzysową stać polskie finanse?

Pomoc dla gospodarki powinna być znacznie większa, ograniczeniem jest jednak choćby poziom zadłużenia czy wydatki sztywne budżetu. Rząd natychmiast powinien się zastanowić, jak usunąć te bariery.

Premier Mateusz Morawiecki

Foto: Fotorzepa, Jerzy Dudek

Im dłużej trwa pandemia koronawirusa, tym kosztowniejsze są jej ekonomiczne skutki. I tym więcej państwo będzie musiało wydawać na wsparcie przedsiębiorstw, by przetrwały kryzys, ale też na pomoc dla tych osób, które z dnia na dzień straciły źródła utrzymania. Kolejne więc wersje tarczy antykryzysowej muszą być coraz bogatsze w realną pomoc materialną.

Blisko limitu 55 proc. PKB

Na jaką pomoc stać polskie państwo, tak by nie przyniosło to jednocześnie kryzysu finansowego i ryzyka bankructwa? – Moim zdaniem już obecnie znajdujemy się blisko limitu bezpieczeństwa – uważa Rafał Banecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. Szacuje, że państwo będzie musiało pożyczyć ok. 150 mld zł, co przy słabym złotym zbliży nas do granicy dla zadłużenia wynoszącej zgodnie z zapisami i finansach publicznych 55 proc. PKB.

Co gorsza, jak ocenia Benecki, większość z owych 150 mld zł nowych potrzeb pożyczkowych będzie efektem ubytków w dochodach kasy państwa – będzie to ok. 100 mld zł, a tylko ok. 50 mld zł będzie stanowić realizacja pierwszej tarczy antykryzysowej. – Kryzys gospodarczy przełoży się na spadek wpływów z podatków, a także dochodów jednorazowych. Ale w tym samym czasie trzeba finansować wydatki budżetowe, które są w większości sztywne. Taka konstrukcja finansów państwa, czyli ogromny wzrost „wyborczych" transferów społecznych w czasach dobrej koniunktury, które trzeba realizować w trudnych czasach, spowodował, że obecnie przestrzeń do wzrostu koniecznych działań pomocowych jest ograniczona. Teraz trudno przygotować duży impuls dla gospodarki bez efektów ubocznych – ocenia Benecki.

Pomoc dla miliona osób

Rząd powinien więc szybko dokonać przeglądu swoich wydatków – apelują ekonomiści. – Główne uderzenie w finanse publiczne przyjdzie zapewne od strony malejących dochodów budżetowych w najbliższych dwóch–trzech kwartałach – uważa Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC. – Wiele zależy od skali recesji i skali osłabienia złotego. Ale pojawia się ryzyko przekroczenia przez relację długu publicznego do PKB progu ostrożnościowego 55 proc. – analizuje.

– Jedna z możliwości obrony to zawieszenie wypłaty 13. emerytury i wycofanie się z obietnicy wprowadzenia 14. emerytury, a także z zapowiedzi dużego podniesienia płacy minimalnej w latach 2021–2022 – uważa Gomułka.

Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP, wylicza, że tylko rezygnacja z 13. emerytury uwolniłaby ok. 12 mld zł. Według jego wyliczeń starczyłoby to na dopłaty w wysokości 2 tys. zł dla 1 mln pracowników przez sześć miesięcy.

– Można też zastanowić się na programem 500+ – mówi Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu. – To znaczy tak go przeformułować, by świadczenia były dostępne dla osób rzeczywiście najbardziej potrzebujących. Dziś wydajemy grube pieniądze na dodatki dla zamożnych, zamiast na ratowanie potencjału gospodarki – zaznacza Jankowiak.

Jak liczyć dług

Zdaniem niektórych polityków, np. Lewicy, rząd nie może teraz ciąć żadnych transferów socjalnych, za to powinien zwiększyć zadłużenie nawet do 60 proc. PKB., czyli konstytucyjnego limitu długu. Dałoby to przestrzeń na ok. 250–300 mld zł na pokrycie obecnych i nowych wydatków państwa.

Ciekawe, że limit 60 proc. długu wobec PKB wcale nie jest taki sztywny, jak mogłoby się wydawać. Sposób liczenia tego długu określa bowiem ustawa, więc można w niej np. zapisać, że wydatki na walkę z pandemią (np. w ramach tarczy antykryzysowej) nie są wliczane do długu. – Ale dyskusję na ten temat rząd musi rozpocząć już teraz, natychmiast. To, co na razie proponuje premier, czyli np. nowe podatki (o czym premier mówił w Sejmie w poniedziałek), jest kuriozalne – zaznacza Jankowiak.

Na przeszkodzie zwiększeniu zadłużenia w jeszcze większej skali niż obecnie mogą jednak stać rynki finansowe. – Rozluźnienie reguł fiskalnych, co dzieje się na całym świecie, nie zostałyby co prawda odebrane jednoznacznie negatywnie – uważa Benecki. – Jednak jeśli zaczniemy pożyczać ogromne kwoty na rynku krajowym, bo innych możliwości praktycznie nie ma – to w końcu doprowadzi to do tak ogromnego osłabienia złotego, że będzie nam groził kryzys zadłużenia – ostrzega.

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.