– Będziemy stosowali bardziej rygorystyczne zasady – do tej pory limit wynosił jedna osoba na 15 mkw. powierzchni, teraz dla sklepów powyżej 100 mkw. będzie to 1 osoba na 20 mkw. – mówił na konferencji Adam Niedzielski, minister zdrowia.
Od soboty zamknięte będą również salony urody czy fryzjerskie, co spowodowało natychmiastowy szturm zainteresowanych do rezerwacji wizyt. Serwis Booksy zanotował 15-krotny wzrost ruchu na stronie i w aplikacji w momencie ogłoszenia tych restrykcji, 53 proc. rezerwacji to wizyty na czwartek i piątek.
Handel jest oburzony różnicowaniem restrykcji w zależności od wielkości sklepu czy miejsca jego funkcjonowania. – Nie rozumiemy klucza i kryteriów, według których rząd decyduje o kolejnych zamknięciach jednych sklepów i pozostawieniu otwartych innych, choć coraz mniej licznych – wyjaśnia zarząd Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług. – Tym bardziej że nie ma żadnych danych potwierdzających zależność między otwarciem sklepów w galeriach handlowych a wzrostem zakażeń koronawirusem, podobnie jak zamknięcie gastronomii już pięć miesięcy temu nie doprowadziło do wygaszenia ognisk choroby. Mimo to decyzja wciąż pozostaje w mocy – dodaje.
Kolejne etapy ograniczeń są coraz mniej zrozumiałe dla ekspertów. – Abstrahując od zasadności implementowania dalszych obostrzeń pod kątem epidemicznym, należy po raz kolejny wyrazić wątpliwości co do skuteczności tych ograniczeń, które wprowadzane są aktami rangi niższej niż ustawa – mówi Alan Dudkiewicz, ekspert BCC. – Przedsiębiorcy, w niektórych branżach niezwykle doświadczeni wydarzeniami ostatnich miesięcy, stawać mogą przed dylematem dotyczącym tego, jak umożliwić przetrwanie swoich firm – dodaje.
– Dlaczego na przykład zamknięte zostały sklepy meblowe, budowlane, a kościoły pozostają otwarte? Mam wrażenie, że rząd w dalszym ciągu strzela na oślep, mając nadzieję, że a nuż w coś trafi. Problem w tym, że strzela ślepakami – mówi Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP.