REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Ratownik jednej plaży

Pora stworzyć na tyle przyjazne warunki działania na rynku
regulowanym, żeby inwestorzy nie chcieli z niego uciekać – to by było prawdziwe działanie, a nie dla dobrego samopoczucia instytucji regulujących i nadzorujących poszczególne rynki.

Mirosław Kachniewski prezes zarządu, SEG

Foto: Archiwum

Co roku światowa organizacja zrzeszająca instytucje nadzorujące rynki kapitałowe (IOSCO) organizuje konferencje podsumowujące najważniejsze wyzwania dotyczące rozwoju rynków. Ostatnia z nich odbyła się w ubiegłym tygodniu. Wcześniej zwykłem uczestniczyć w nich jako nadzorca, a teraz – po 11 latach przerwy – miałem możliwość udziału jako prelegent reprezentujący uczestników rynku. Pozwoliło mi to na poczynienie kilku ciekawych obserwacji szczególnie dotyczących dyskusji poświęconej rozwojowi fintechu.

Prelegenci reprezentujący nadzorców wskazywali na arogancję niektórych uczestników rynku, którym się wydaje, że potrafią chodzić po wodzie, bo nie mają wrażliwości nadzorczej dotyczącej ryzyka ani świadomości zagrożeń, z czym się w pełni zgadzam. Szczególnie uderzyło mnie takie stwierdzenie jednego z „fintechowych rewolucjonistów" przytoczone podczas dyskusji: „nasze algorytmy zarządzania aktywami oraz identyfikacji i spełniania oczekiwań klientów są tak doskonałe, że pozostawiły regulacje daleko w tyle". Nadzorcy wiedzą, że – niezależnie od technologii – ryzyka dotyczące nadużyć wobec klientów czy błędnych decyzji inwestycyjnych zawsze pozostaną, a technologie mogą je raczej zwiększać niż zmniejszać. Wiedzą też, że im więcej oddamy algorytmom, tym mniej będziemy rozumieć. Nie chodzi tylko o przyszły rozwój sztucznej inteligencji, ale o jak najbardziej teraźniejszy problem funkcjonowania algorytmów po odejściu z pracy ich twórców, kiedy może się okazać, że nikt w firmie nie wie, jak to działa.

Niestety, sami prelegenci także wykazywali się arogancją, dezawuując wiele nowych rozwiązań, bez właściwego uzasadnienia. Na przykład w kontekście kryptowalut eksponowali wyłącznie negatywny aspekt nadmiernej spekulacji, a nie wskazali na potencjalnie pozytywny aspekt kryptowalut jako nowego środka płatności. Widać było wyraźnie dużo rezerwy lub wręcz niechęć do nowych rozwiązań nawet osób z krajów, które powszechnie są uważane za liderów w dziedzinach nowych technologii.

Niezależnie od tych skrajnych poglądów na pewno należy wskazać, iż fintech niesie dla rynku kapitałowego wiele zagrożeń o skali zupełnie nieporównywalnej z wcześniejszymi zmianami technologicznymi, co wynika z rewolucyjnych zmian w odniesieniu do siły rażenia, wykrywania nadużyć, czy też egzekwowania regulacji i identyfikacji inwestorów. Przytoczone statystyki wskazywały, iż odsetek nadużyć przy emisjach Initial Coin Offering jest wielokrotnie wyższy niż przy pozyskiwaniu kapitału na rynku regulowanym. Daje się to logicznie uzasadnić – brak szczegółowych regulacji może powodować poczucie bezkarności, a na pewno ogranicza możliwości ukarania winnych czy też odzyskania pieniędzy. Dodatkowo utrudnienia w identyfikacji inwestorów bardzo poważnie ograniczają możliwości ścigania najważniejszych przestępstw rynku, tj. manipulacji i wykorzystania informacji poufnej.

Do tego dochodzi jeszcze element najistotniejszy, czyli siła rażenia. Czy np. Cambridge Analytica może wykorzystywać posiadaną przez siebie wiedzę do plasowania swojej własnej emisji ICO? A czy może pośredniczyć w sprzedaży innych kryptoaktywów? Bo takie właśnie usługi oferuje. Mamy tu do czynienia z absolutną rewolucją nie tylko w obszarze szerokości dotarcia (możliwość jednoczesnego zaatakowania milionów potencjalnych nabywców, wobec nieporównanie bardziej absorbującej i kosztownej konieczności kontaktu telefonicznego), ale także bardzo dokładnej selekcji potencjalnych klientów i właściwie dobranych metod perswazji. Kto będzie mógł się oprzeć idealnie dobranemu przekazowi, np. dotyczącemu inwestycji, która ma dokładnie spełnić marzenie naszego życia, jednocześnie rozwiewającemu nasze największe obawy i opierającemu się na wartościach, którym hołdujemy?

Jak połączyć nowe ze starym? Czy tradycyjna giełda i kryptorynek mogą się przeplatać? Czy licencjonowany doradca może sugerować inwestycje w kryptoaktywa? Czy TFI może utworzyć fundusz lokujący w ICO? Czy giełda może obracać bitcoinem? Odpowiedzi na te pytania były jednoznacznie negatywne, co – paradoksalnie – może ograniczyć zakres ochrony inwestorów. Można by odnieść wrażenie, że celem działania nadzorców jest wypchnięcie inwestorów poza rynek regulowany – „jeśli tam stracą pieniądze, to my nie będziemy za to winni".

Pływanie w morzu na materacu jest niebezpieczne i słusznie ratownik na to nie pozwala na plaży strzeżonej. Ale kłopot w tym, że jeśli w wyniku takiego zakazu ludzie będą pływać na materacach poza plażami strzeżonymi, to pojawia się pytanie, czy ratownik osiągnął właściwy rezultat? W wąskim rozumieniu – tak, bo na jego plaży było bezpiecznie. Ale jeśli w wyniku jego zakazu plażowicze musieli zdecydować się na bardziej ryzykowne działanie i tonęli na środku Bałtyku, to już sytuacja nie jest jednoznaczna.

Działania regulatorów i nadzorców na całym świecie przypominają podejście takiego „ratownika jednej plaży". Dbają o to, aby nic złego nie stało się w obszarze ich kompetencji, jednocześnie poprzez zwiększanie wymogów na rynku regulowanym, wypychając coraz większą część uczestników rynku na „plaże niestrzeżone" i nawet nie wiedzą, ile pieniędzy zostało tam utopione. Pora zrewidować to myślenie – stworzyć na tyle przyjazne warunki działania na rynku regulowanym, żeby inwestorzy nie chcieli z niego uciekać. To by było prawdziwe działanie dla dobra inwestorów, a nie dla dobrego samopoczucia instytucji regulujących i nadzorujących poszczególne rynki.

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA