W piątek rząd ma zająć się wstępnym projektem budżetu państwa na 2027 r. Zapewne będzie on uwzględniać skutki najnowszych propozycji zmian podatkowych – obniżenia PIT dla części klasy średniej, ale też m.in. podwyżki CIT dla największych firm. Rządowe propozycje mogą więc być pierwszym od dawna sygnałem, że konsolidacja fiskalna zaczyna być traktowana poważnie. Tyle że na razie jest to sygnał bardzo słaby.
Ile zyska budżet
Projekt rządowej reformy podatkowej został przedstawiony kilka dni temu. W ocenie skutków regulacji resort finansów oszacował, że korekty w PIT mają kosztować budżet ok. 10,2 mld zł ubytków w dochodach w 2027 r. Chodzi tu m.in. o podwyższenie progu podatkowego do 130 tys. zł ze 120 tys. zł rocznych dochodów oraz wprowadzenie dodatkowej, obniżonej 24-procentowej stawki PIT dla przedziału 130-150 tys. zł.
Jednocześnie inne zmiany w podatkach mają przynieść finansom publicznym (czyli budżetowi centralnemu, ale też np. NFZ), łącznie ok. 12,8 mld zł dodatkowych wpływów. W tej kwocie mieści się m.in. podwyżka CIT z 19 do 22 proc. (6,2 mld zł), zmiany w ryczałcie (5,5 mld zł) oraz podwyżka daniny solidarnościowej z 4 do 5 proc. (0,86 mld zł). W sumie publiczna kasa ma być na plusie o ok. 2,6 mld zł w pierwszym roku.
Oczywiście 2,6 mld zł pozytywnych skutków fiskalnych to niewielka kwota. Ale sam fakt, że rząd w budżecie na wyborczy rok zdecydował się na podwyżkę podatków, a nie tylko ich obniżkę, jest dosyć odważną decyzją i pierwszym krokiem do koniecznej redukcji deficytu. – Taka propozycja to pozytywne zaskoczenie dla rynków, zwłaszcza jeśli projekt budżetu potwierdzi kierunek konsolidacji – komentuje Piotr Bujak, główny ekonomista PKO BP. – Sama konsolidacja jest niezbędna, a wzrost obciążeń podatkowych – nieunikniony. Dobrze by było, gdyby prezydent pozwolił rządowi wziąć odpowiedzialność za taki trudny, ale konieczny krok – dodaje.
Czytaj więcej
Agencja Fitch zdecydowała się pozostawić ocenę wiarygodności kredytowej Polski bez zmian na poziomie A-, zachowując jednocześnie – już od roku – je...
Deficyt 2027
Piotr Bujak szacuje, że zacieśnienie fiskalne może sięgnąć ok. 0,2-0,4 pkt proc., ale deficyt wciąż może oscylować w okolicach 7 proc. PKB. Również Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu, oczekuje pewnej konsolidacji, na poziomie ok. 0,3 pkt proc., z czego sporą część stanowić mają właśnie proponowane zmiany w podatkach. – Przy czym nie ma się co oszukiwać. Redukcja deficytu rzędu 0,3 pkt proc. jest dalece niewystarczająca – zaznacza Jankowiak. – Dodatkowe dochody podatkowe mogą nieco poprawić wynik, ale nie zmieniają obrazu całych finansów – dodaje.
Przypomnijmy, Polska od lipca 2024 r. znajduje się w unijnej procedurze nadmiernego deficytu. Zgodnie z przyjętym przez rząd średniookresowym planem budżetowo-strukturalnym deficyt sektora finansów publicznych powinien spaść poniżej 3 proc. PKB w 2028 r. Tymczasem Komisja Europejska prognozuje, że w 2026 r. wyniesie on 6,5 proc. PKB, a w 2027 r. – przy niezmienionej polityce – nadal 6,3 proc. PKB. Dług sektora instytucji rządowych i samorządowych ma natomiast wzrosnąć z 59,7 proc. PKB w 2025 r. do 68,3 proc. w 2027 r.
Jeśli mielibyśmy zejść do 3 proc. PKB deficytu już w 2028 r. z 7,3 proc. w 2025 r., musielibyśmy redukować go o ok. 1,5 pkt proc. rocznie. – Tak mocna konsolidacja byłaby zabójcza dla gospodarki, ale niezbędne minimum to 0,5 pkt proc. rocznie. Tymczasem nie osiągamy nawet tego – zaznacza Jankowiak.
Czytaj więcej
Rządowe propozycje mogą pośrednio zmniejszyć koszty pracy ponoszone przez firmy, np. ograniczając presję na podwyżki. Na rynku pracy rewolucji jedn...
Sztywne wydatki
Na napiętą sytuację polskich finansów publicznych eksperci uwagę zwracają już od pewnego czasu. Pytanie brzmi, dlaczego rząd nie jest w stanie przygotować i realizować programu ich naprawy, obejmującego wyższe podatki i cięcia wydatków?
Ekonomiści wskazują, że jedną z głównych przyczyn może być duża tzw. sztywność budżetu. Według analizy głównego ekonomisty BCC Pawła Wojciechowskiego, przedstawionej w raporcie „Zagrożenia nadmiernego długu publicznego 2026”, wydatki sztywne, ustawowo zdeterminowane, oraz quasi-sztywne, czyli trudne społecznie do ograniczenia, stanowią obecnie nawet 70-75 proc. całości wydatków publicznych.
Do tej kategorii zalicza się przede wszystkim świadczenia z ubezpieczenia społecznego, w tym emerytury i renty, których państwo po prostu nie może przestać wypłacać. Stanowią one aż 28,5 proc. wydatków publicznych. Do tego trzeba doliczyć nakłady m.in. na ochronę zdrowia, edukację, obronę narodową, bezpieczeństwo publiczne i transfery socjalne. Wśród dużych, trudnych do ograniczenia pozycji są także składka do UE i koszty obsługi długu, które stanową coraz większą pozycję w kasie państwa. W 2025 r. obsługa długu pochłonęła niemal 73 mld zł, co stanowiło 8,4 proc. wydatków samego budżetu centralnego; dla porównania – w 2020 r. było to 29,3 mld zł i 5,8 proc. wydatków.
Z kolei wydatki elastyczne, czyli takie, które rząd podczas prac nad budżetem może teoretycznie w większym stopniu kształtować, np. na inwestycje, stanowią ok. 25-30 proc. wydatków.
– Oczywiście sztywność wydatków utrudnia konsolidację budżetu. Ale dodałbym tu jeszcze jeden istotny czynnik – brak woli politycznej, by coś zmienić – komentuje Marcin Zieliński, główny ekonomista Fundacji FOR. Jak wyjaśnia, emerytury i renty, a także nakłady na obronność, ze względu na naszą sytuację geopolityczną, są w zasadzie nie do ruszenia. – Ale jeśli wydatki socjalne w Polsce są na jednym z najwyższych poziomów w UE, to siłą rzeczy jest przestrzeń, by je ograniczyć – zaznacza Zieliński.
Transfery społeczne sięgają już ponad 20 proc. PKB, nominalnie w 2025 r. było to ok. 770 mld zł. Oprócz świadczeń emerytalnych mieszczą się tu m.in. program 800+, 13. i 14. emerytura czy babciowe, itp. Gdyby ograniczyć je choć o 1 proc. dałoby to 7,7 mld zł, a o 5 proc. – ponad 38 mld zł. Według Zielińskiego potencjalnie możliwe, ale też ryzykowne politycznie, byłoby również ograniczenie wydatków na wynagrodzenia w sferze budżetowej. Łączne koszty związane z zatrudnieniem w minionym roku sięgnęły 470 mld zł.
– Warto zaznaczyć, że dla redukcji deficytu i wydatków publicznych w relacji do PKB wystarczyłoby wolniej je podnosić, a nie gwałtownie obniżać. Jednak w roku wyborczym nie spodziewałbym się nawet tak łagodnych ruchów. Zresztą przez dotychczasowe trzy lata rząd takich działań nie podjął, wręcz przeciwnie, wprowadzał nowe pozycje wydatkowe – opisuje Zieliński.
Czytaj więcej
Spółki energetyczne jeszcze nie wiedzą, jak nowa stawka CIT może być liczona, choć niektóre z nich zdradzają, że wyższy CIT mógłby być korzystniejs...
Gdzie szukać oszczędności?
Paweł Wojciechowski zwraca uwagę na jeszcze jedno wyzwanie – nie każdy wydatek, który można formalnie ograniczyć, powinien być cięty. Różne typy wydatków publicznych generują bowiem odmienne efekty dla aktywności gospodarczej i długookresowego potencjału wzrostowego. Według badań MFW i KE najwyższym mnożnikiem fiskalnym, określającym wpływ zmian wydatków publicznych na poziom PKB, charakteryzują się inwestycje publiczne – w krajach UE to zwykle 1,0-1,5. Znacznie niższe mnożniki dotyczą natomiast transferów społecznych – 0,2-0,6.
– Oznacza to, że ograniczenie wydatków inwestycyjnych może silniej osłabiać długookresowy potencjał wzrostowy gospodarki niż redukcja części transferów bieżących lub wydatków administracyjnych – wyjaśnia Wojciechowski. – I paradoksalnie utrudniać stabilizację długu publicznego w przyszłości – dodaje.
– Przestrzeń dla prostych i szybkich cięć budżetowych okazuje się wyraźnie mniejsza niż sugerowałaby nominalna skala wydatków państwa. Skuteczna konsolidacja fiskalna wymagałaby nie tylko ograniczania wybranych pozycji, lecz także poprawy ich efektywności, przeglądu priorytetów budżetowych oraz odpowiedniego rozłożenia procesu dostosowawczego w czasie – podsumowuje Wojciechowski.