Kryzys turecki nie należy do zdarzeń, których nie dało się przewidzieć. Od miesięcy część analityków ostrzegała, że Turcja jest jednym z rynków wschodzących, które są najbardziej wrażliwe na zacieśnianie polityki pieniężnej przez Fed. Z długiem zagranicznym (publicznym i prywatnym) sięgającym 55 proc. PKB, na który składają się zobowiązania do spłacenia w ciągu 12 miesięcy sięgające 240 mld USD, z deficytem na rachunku obrotów bieżących wynoszącym 6,5 proc. PKB i z nieprzewidywalnym, autorytarnym prezydentem próbującym mieszać się do polityki pieniężnej niewiele było potrzeba, by sprowokować rynkową panikę. Błędem jest jednak sądzić, że Turcja jest jedynym słabym ogniwem na rynkach wschodzących. Tych ogniw jest bardzo wiele, a inwestorzy ostatnio sobie o nich przypominają. Fala uderzeniowa wywołana przez kryzys w Turcji była odczuwalna nawet na rynkach Azji Południowo-Wschodniej i Ameryki Łacińskiej. Zmusiła np. argentyński bank centralny do podwyżki głównej stopy procentowej do szokującego poziomu 45 proc. Obok liry tureckiej mocno wyprzedawane były w ostatnich tygodniach również tak wydawałoby się różne waluty jak: peso argentyńskie, rupia indyjska, rand RPA czy rubel rosyjski.