W kiepskich nastrojach kończymy dzisiejszą sesję. Jest o tyle znamienne,
że przecież zaczęliśmy ją od wyznaczenia rekordów. Jak widać, nie był to
wystarczający powód do tego, by popyt bardziej zaangażował się na rynku.
Niska wartość obrotu wyraźnie pokazuje, że niewielu graczy poszło za
sygnałem przewagi kupujących.
Dzień zaczął się od trzęsienia ziemi, ale scenariusz dzisiejszej sesji
niestety nie był kopią hitchcockowskiego wzorca. Napięcie nie rosło, ale
opadało. Gracze, którzy liczyli na kontynuację zwyżki, zawiedli się.
Właściwie cały dzień ceny przebywały w dość wąskim przedziale zbliżonym do
poziomu otwarcia sesji. Ta konsolidacja na początku mogła być odebrana
jako oznaka przewagi popytu. Podaż nie była w stanie oddalić cen od
rekordów. Jednak później, z każdą chwilą było coraz gorzej. Przed 15:00 na
terminowym pojawił się popyt, któremu udało się wyciągnąć ceny i wyznaczyć
nowy rekord dla kontraktów. Od tej chwili wynosi on 3970 pkt. Na kasowym
indeks także nieco zyskał, ale nowego szczytu sesji już nie udało się
wyznaczyć, a tym samym maksimum sesji okazał się jej szczyt wyznaczony w
trakcie pierwszej godziny notowań (3940,53 pkt.). W końcówce dnia przewagę
uzyskała podaż, ale spadek cen nie był duży i nie trwał zbyt długo.
Zarówno spadek cen, jak i ich późniejszy wzrost był wynikiem dużej
aktywności zleceń koszykowych.
Sesja, na której wyznaczono rekordy hossy, winna być sygnałem pomyślnym
dla posiadaczy długich pozycji. Tymczasem aktywność na rynku była
niewielka. Był taki moment w trakcie tej sesji, w którym wszystkie otwarte
krótkie pozycje generowały stratę. Nikt się jednak tym nie przejął. Ba, w
chwili kreślenia rekordów rosła liczba otwartych pozycji, co
sygnalizowało, że grający na spadek cen, nie tylko nie mają zamiaru
opuszczać rynku (skoro przynosi straty), ale powiększają jeszcze swoje
pozycje. Pewność przeceny jest zaskakująca. To może się źle skończyć.
Trudno przecież rekord hossy uznać za sygnał sprzedaży.