Z tego artykułu dowiesz się:
- Jak ewoluowało poparcie społeczne dla Partii Pracy i premiera Keira Starmera.
- Jakie decyzje polityczne wpłynęły na spadek poparcia dla obecnego rządu.
- Jaka jest bieżąca kondycja gospodarki brytyjskiej oraz jej kluczowe prognozy.
- Z jakimi wyzwaniami borykają się kluczowe sektory gospodarki brytyjskiej.
- Jakie czynniki polityczne i społeczne wpływają na przyszłość rządu.
Brytyjski premier Keir Starmer rządzi dopiero od niecałych 20 miesięcy, ale wydaje się tak zmęczony władzą, jakby sprawował rządy co najmniej od dekady. Z sondażu YouGov wynika, że 70 proc. Brytyjczyków ocenia go negatywnie jako premiera, a tylko 22 proc. pozytywnie. W lipcu 2024 r. jego Partia Pracy odniosła wielkie zwycięstwo, uzyskując 33,7 proc. głosów i powiększając liczbę mandatów w Izbie Gmin z 202 do 411. Sondaże z ostatnich tygodni dają Partii Pracy od 15 proc. do 22 proc. poparcia. W ciągu niecałych dwóch lat mogła więc ona stracić ponad połowę wyborców! W rankingach popularności prowadzi obecnie prawicowa partia Reform UK, kierowana przez Nigela Farage’a, mająca od 21 proc. do 30 proc. poparcia. Partia Pracy wypada w tych badaniach dopiero na trzecim miejscu. Jest wyprzedzana zwykle przez Partię Zielonych lub przez Partię Konserwatywną. Do wyborów parlamentarnych jest jeszcze bardzo daleko. Muszą się one odbyć najpóźniej 15 sierpnia 2029 r. Wcześniej jednak Starmer może stracić stanowisko premiera, w wyniku wewnętrznej rebelii w swojej partii. Jego los może zależeć od wyniku wyborów lokalnych, do których dojdzie 7 maja 2026 r. Sondaże wskazują, że przyniosą one klęskę Partii Pracy. Może ona stracić trzy czwarte mandatów radnych, a w Szkocji i Walii zapewne mocno zyskają jej kosztem lokalne partie dążące do rozluźnienia związków z Londynem. Jak to się stało, że partia, która ledwo dwa lata temu odniosła duży sukces w wyborach, tak mocno straciła poparcie? Do jakiego stopnia do tej katastrofy przyczyniła się polityka ekonomiczna rządu Keira Starmera?
Brak wyników
Kilka tygodni temu Brytyjczycy mogli obejrzeć pierwszy odcinek ich własnej wersji amerykańskiego programu komediowego Saturday Night Live. Pokazano w nim scenę, w której aktor odgrywający premiera Starmera boi się odebrać telefon od prezydenta USA Donalda Trumpa. – Oooo… co ja mam mu powiedzieć Lammy? – mówił wyraźnie roztrzęsiony „Starmer” do swojego wicepremiera Davida Lammy’ego. (Scena do obejrzenia na YouTubie – wystarczy znaleźć film: „Sir Keir Makes a Difficult Phon Call Cold Open | SNL UK”.) To było oczywiste nawiązanie do kryzysu w relacjach transatlantyckich związanego z brakiem entuzjazmu Wielkiej Brytanii do wspierania USA w wojnie z Iranem. Starmer mógłby politycznie „zapunktować” na tym kryzysie, jak włoska premier Giorgia Meloni, ale mu to wyraźnie nie wychodzi. Już w zeszłym roku mocno bowiem sobie zepsuł opinię wśród lewicowych oraz islamskich wyborców, nie odcinając się dostatecznie mocno od polityki Izraela. Wyborcom bardziej prawicowym naraził się jeszcze mocniej swoją polityką imigracyjną, działaniami ograniczającymi wolność słowa oraz próbą podatkowego uderzenia w brytyjskie puby. Sporo zamieszania wywołały również projekty budżetów tworzone przez kanclerz skarbu Rachel Reeves. Uderzały one m.in. w rolników, obejmując większą część z nich podatkiem spadkowym. Swoje zrobiła też afera miliardera-pedofila Jeffreya Epsteina. Wyszło bowiem na jaw, że Starmer powierzył stanowisko ambasadora w Waszyngtonie przewijającemu się w tym skandalu Peterowi Mandelsonowi, choć były poważne zastrzeżenia do tej kandydatury. Obecny brytyjski premier rozczarował więc lewicę, jednocześnie drażniąc prawicę. Na domiar złego nie mógł się przez ostatnie kilkanaście miesięcy pochwalić większymi sukcesami w polityce gospodarczej.
Partia Pracy, idąc po władzę, obiecywała boom inwestycyjny oraz przyspieszenie wzrostu PKB. Gospodarka brytyjska jest jednak, jak na razie, daleka od boomu. Zarówno w trzecim, jak i w czwartym kwartale 2025 r. PKB wzrósł o 0,1 proc. kw./kw. Całoroczny wzrost gospodarczy przyspieszył zaledwie z 1,1 proc. w 2024 r. do 1,4 proc. w 2025 r. Międzynarodowy Fundusz Walutowy spodziewa się, że wyniesie on w tym roku tylko 0,8 proc., Bank Anglii szacuje, że wzrost sięgnie 0,9 proc., a Komisja Europejska oczekuje, że dojdzie on do 1,2 proc. Mediana prognoz analityków zebranych przez agencję Bloomberga mówi o wzroście wynoszącym 0,8 proc. Poszczególne prognozy są w przedziale od 0,4 proc. (Banco Santander) do 1,3 proc. (Erste Group Bank). W 2017 r., czyli najlepszym roku pomiędzy referendum brexitowym a pandemią, brytyjski PKB powiększył się o 3 proc. Ten wynik wydaje się obecnie trudny do powtórzenia. Tempo wzrostu gospodarczego pod rządami Partii Pracy jest jak na razie podobne do tego, z końcówki rządów konserwatystów. Bezrobocie stało się natomiast wyższe niż wówczas. O ile w lipcu 2024 r. stopa bezrobocia sięgała 4,1 proc., to w grudniu 2025 r. i styczniu 2026 r. wynosiła 5,2 proc., by w lutym spaść do 4,9 proc. Przyspieszyła też inflacja. W lipcu 2024 r. wynosiła ona 2,2 proc., a w marcu 2026 r. sięgała 3,3 proc. (Pod rządami Starmera była ona najwyższa w lipcu, sierpniu i wrześniu 2025 r., gdy wynosiła 3,8 proc.) Zapewne ona jeszcze przyspieszy ze względu na wzrost cen ropy. Zeszła za to w dół główna stopa procentowa Banku Anglii. Na początku rządów Partii Pracy wynosiła ona 5,25 proc., a od grudnia 2025 r. wynosi 3,75 proc. (To wydanie „Parkietu” zostało zamknięte jeszcze przed czwartkową decyzją Banku Anglii w sprawie stóp procentowych. Powszechnie jednak oczekiwano, że nie zmieni on stóp.)
Czytaj więcej
Czy za podróżami premierów Wielkiej Brytanii oraz Kanady do Chin kryje się coś więcej niż szukanie nowych rynków? Propekińskie akcenty w polityce t...
– Gospodarka Wielkiej Brytanii zakończyła 2025 r. na smutną nutę, kontynuując mozolne poruszanie się w ślimaczym tempie w ostatnim kwartale roku. W rzeczywistości wzrost był prawie zerowy przez całą drugą połowę 2025 r. – gospodarka stanęła w miejscu pod presją wysokiej inflacji, rosnących kosztów prowadzenia działalności gospodarczej oraz ochłodzenia na rynku pracy – ocenia Matthew Ryan, szef działu analiz Ebury.
– Nie należy wykluczać odbicia wzrostu gospodarczego Wielkiej Brytanii w pierwszym kwartale, mimo słabego stycznia. Jednak gwałtowny wzrost cen energii niesie ryzyko dłuższego okresu stagnacji w 2026 r. ponieważ inflacja będzie rosła, rynek pracy nadal będzie się ochładzał, a realne płace zaczną spadać. Uważamy jednak, że próg dla podwyżki stóp procentowych przez Bank Anglii jest wysoki – wskazuje James Smith, ekonomista z ING.
– Gospodarka Wielkiej Brytanii ucierpi w 2026 r. w wyniku swojej zależności od importowanych surowców, przy jednoczesnym niewielkim zapasie przestrzeni fiskalnej do złagodzenia sytuacji. Oczekuje się, że wzrost PKB spadnie do 0,7 proc. Inflacja prawdopodobnie utrzyma się trwale powyżej celu Banku Anglii wynoszącego 2 proc., osiągając poziom 3,6 proc. w 2026 r. oraz 3,3 proc. w 2027 r. (choć ta prognoza będzie zależała od skali i czasu trwania konfliktu). Jednak popyt jest znacząco mniej odporny niż w 2022 r. co powinno ograniczyć efekty drugiej rundy. Niemniej jednak oczekuje się reakcji Banku Anglii. Zgodnie z naszymi prognozami, podniesie on swoją główną stopę procentową o 25 punktów bazowych w drugim kwartale, a następnie w trzecim kwartale. Spodziewane jest natomiast jej obniżenie ponownie w 2027 r. – prognozuje natomiast Marianne Mueller, ekonomistka BNP Paribas.
Wygląda więc na to, że sytuacja gospodarcza nadal nie będzie sprzyjała rządowi Starmera. O ile oczywiście ten rząd przetrwa...
Słabnące sektory
Jedną z wielkich obietnic Partii Pracy była zapowiedź zbudowania w Wielkiej Brytanii 1,5 mln domów w ciągu jednej kadencji parlamentu. Rząd zdecydował się w tym celu na znaczne poluzowanie przepisów dotyczących planowania przestrzennego. Nie doprowadziło to jednak do boomu w sektorze budowlanym. W ciągu pierwszych miesięcy rządów Keira Starmera zbudowano w Wielkiej Brytanii 300 tys. nieruchomości mieszkalnych. Takie tempo nie wystarczy do zrealizowania obietnicy. Sytuacja wygląda bardzo kiepsko pod tym względem w stolicy. W ciągu pierwszych miesięcy 2025 r. zaczęto tam budowę 3248 domów prywatnych, podczas gdy rząd założył, że w Londynie będzie powstawało ich 88 tys. rocznie. Branża budowlana skarży się na duży wzrost cen materiałów w ostatnich latach i na brak rąk do pracy (dający o sobie znać, pomimo dużej, trzecioświatowej imigracji do Wielkiej Brytanii). Potencjalni nabywcy narzekają na wysokie ceny mieszkań, a samorządy nie mają wystarczająco dużych funduszów, by na dużą skalę zaangażować się w budownictwo społeczne.
Czytaj więcej
Rentowność 10-letnich obligacji brytyjskich wzrosła o 0,17 proc., ponieważ premier Keir Starmer wprawdzie wygrał głosowanie w parlamencie w sprawie...
– Pod względem ekonomicznym branża budownictwa mieszkaniowego znajduje się w gorszej sytuacji niż w 2010 r. tuż po kryzysie finansowym. W ciągu ostatnich 10 lat nasze koszty wzrosły o 50 proc., ale ceny sprzedaży mieszkań nie wzrosły nawet w przybliżeniu w takim samym tempie. Dzieje się tak z wielu powodów. Mieliśmy zakłócenia związane z wojną na Ukrainie, wzrosty cen ropy – to wszystko spowodowało ogromne problemy z opłacalnością projektów – stwierdził w rozmowie z dziennikiem „The Guardian” Rob Perrins, szef firmy deweloperskiej Berkeley Group. Jego spółka niedawno ogłosiła, że przestaje kupować nowe grunty i zatrudniać nowych pracowników z powodu wpływu „geopolitycznej niestabilności”, słabego popytu ze strony kupujących oraz „bezprecedensowego” wzrostu kosztów i regulacji. Szef Berkeley Group przyznał, że bardzo wielu klientów rezygnuje z zakupów nieruchomości mieszkalnych. – To pokazuje, jak bardzo wszyscy są niepewni – mamy kryzys kosztów życia, są zwolnienia. Ludzie po prostu nie kupują – dodał Perkins.
W słabej kondycji jest również brytyjski przemysł, do czego przyczyniła się m.in. polityka energetyczna prowadzona przez kolejne rządy, zmierzająca do neutralności klimatycznej. Miliarder Jim Ratcliffe, prezes firmy chemicznej Ineos, mówi wręcz o dezindustrializacji Wielkiej Brytanii. Jego spółka zamknęła w zeszłym roku fabrykę etanolu w Grangemouth w hrabstwie Falkirk. Zakład był jednym z zaledwie dwóch zakładów w Europie produkujących syntetyczny etanol, który jest wykorzystywany w przemyśle farmaceutycznym, kosmetycznym, produkcji tworzyw sztucznych i farb. Ineos obwinił za to podwojenie cen energii w Wielkiej Brytanii w ciągu ostatnich pięciu lat, co „zachęca do importu z USA”, gdzie ceny energii były wówczas pięciokrotnie niższe. Według wyliczeń telewizji Sky News, w ciągu ostatnich pięciu lat zamknięto w Wielkiej Brytanii 11 „krytycznie ważnych” fabryk.
Nawet brytyjski sektor finansowy wyraźnie osłabł w ostatnich latach. Londyńskie City przyciąga m.in. mniej ofert publicznych niż dawniej. Wielkiej Brytanii niewiele zostało już więc atutów, które dawniej dawały jej potęgę, a Starmer nie był w stanie temu zapobiec.
Czy Wielka Brytania jest nadal w stanie obronić pozostałości swojego dawnego imperium?
Prezydent USA Donald Trump ostro krytykuje brytyjskiego premiera Keira Starmera, za to, że niech chciał on czynnie wspierać Stanów Zjednoczonych w kwestii otwarcia Cieśniny Ormuz. Starmer deklarował, że nie dopuści do tego, by wciągnąć Wielką Brytanię do wojny. Jednocześnie udostępniał Amerykanom brytyjskie bazy lotnicze na potrzeby operacji przeciwko Iranu. Deklarował też, że wspólnie z Francją oraz ponad 30 innymi państwami zbuduje koalicję mającą doprowadzić do przywrócenia swobody żeglugi w Cieśninie Ormuz. Po kilku tygodniach od tych deklaracji wciąż nie pojawiły się jednak żadne konkrety dotyczące owej koalicji. Narastają za to wątpliwości co do tego, na ile bytyjskie siły zbrojne są zdolne do prowadzenia operacji zagranicznych. W marcu Iran zaatakował dronami bazę Akrotiri na Cyprze, która stanowi brytyjskie terytorium zamorskie. Rząd Keira Starmera zareagował na to zapowiedzią wysłania na Cypr niszczyciela HMS Dragon. Okazało się jednak, że potrzeba tygodniowych przygotowań, by mógł on wypłynąć na tę misję. Znacznie szybsi byli Grecy, którzy dużo wcześniej wysłali do obrony Cypru swoje okręty. Nieco później pojawiło się zagrożenie dla brytyjskich interesów w innej części świata - na Atlantyku Południowym. Londyn zaniepokoił przeciek mówiący, że USA nie będą skłonne do wspierania Wielkiej Brytanii w ewentualnej obronie Falklandów. O te wyspy Brytyjczycy walczyli z Argentyną w 1982 r. Wówczas też nie mieli wsparcia USA, ale brytyjskie siły zbrojne były znacząco silniejsze niż obecnie, a ówczesna premier Margaret Thatcher zdołała szybko zorganizować ekspedycję do obicia terenów zdobytych przez argentyńską juntę wojskową. Obecnie zorganizowanie takiej armady byłoby dla Wielkiej Brytanii dużo trudniejsze. Argentyna natomiast się zbroi. W grudniu 2025 r. Amerykanie dostarczyli jej pierwszą partię myśliwców F-16. Argentyński prezydent Javier Milei ma świetne relacje z Trumpem i może liczyć na więcej zakupów nowoczesnego, amerykańskiego uzbrojenia. Milei twierdzi, że Falklandy (nazywane przez Argentyńczyków Malwinami) są terytorium Argentyny okupowanym przez Wielką Brytanią, ale zapewnia, że międzynarodowy status tych wysp powinien zostać rozstrzygnięty w wyniku negocjacji międzynarodowych. W grudniu 2025 r. Royal Navy miała na służbie 63 okręty, w tym: 2 lotniskowce, 6 niszczycieli, 7 fregat, 8 patrolowców, 8 trałowców i 8 okrętów podwodnych (w tym 4 z rakietami balistycznymi na pokładzie). Różnie było jednak z gotowością tych jednostek do działań wojennych. Część z nich przechodziła remonty. 35 lat temu Royal Navy miała 171 okrętów, w tym 3 lotniskowce, 42 niszczyciele i 33 okręty podwodne. Royal Air Force liczy obecnie nawet 610 samolotów i śmigłowców, w tym 140-150 myśliwców wielozadaniowych. Boryka się jednak z niską gotowością operacyjną. Brytyjska armia regularna liczy 74 tys. żołnierzy (109 tys. wraz z rezerwą). Ma ona obecnie więcej... koni niż czołgów. Koni służy tam 480-500, a czołgów 288 (ale nie wszystkie są sprawne). HK