Ale trzeba też wyraźnie powiedzieć, że założenia są dość mglisto zarysowane.
Na przykład przy ustalaniu reguł wydatkowych w budżecie państwa mówi się o doraźnej „zasadzie jednego procenta”. Maksymalny poziom wzrostu wydatków miałby wynieść 1 procent w ujęciu realnym (po uwzględnieniu inflacji). Ta reguła jest dosyć jasna. Jednak reguła docelowa już taka nie jest. Mówi, że wydatki zależałyby od średniego wzrostu PKB i od celu inflacyjnego NBP. Inaczej mówiąc: im mniejszy wzrost PKB, tym większe wydatki.
Taką mam przynajmniej nadzieję, skoro mówi się o prowadzeniu polityki antycyklicznej. Bardzo dobrze, ale wzór definiujący tę regułę bazuje chyba na tym, że matematyki od dawna nie ma na maturze. Wygląda tak: Wrf = f (PKB*,? NBP), gdzie: PKB* – średnia dynamika wzrostu gospodarczego w okresie referencyjnym,? NBP – cel inflacyjny.
Co z tego można zrozumieć? Nic oprócz tego, że wydatki będą funkcją dynamiki wzrostu i celu inflacyjnego. Nie wiadomo jednak, jaką funkcją, bo równanie tego w najmniejszym stopniu nie określa. Jest to ogólny wzór – definicja funkcji.
Skoro tak, to jakim cudem, nie znając formuły, dało się obliczyć, że „osiągnięte zostaną bezpośrednie oszczędności w wydatkach publicznych – około 11,58 mld zł łącznie do roku 2012, o 22,72 mld w 2020 r. i docelowo 19,2 mld zł w jednym tylko roku 2060”.
Szczególnie wątpliwa jest wiarogodność prognozy na 2060 rok… Naprawdę przydałoby się w założeniach dokładniej określić zasady. Interesujące jest „uspójnienie wymiaru rent z wymiarem emerytur” i „odsztywnienie wydatków”.
Pomijam dosyć kuriozalny język – naprawdę jednak nie wiadomo, co ma się stać z rentami i jakie sztywne wydatki mają się zamienić na elastyczne. Konkrety pojawiają się jedynie wtedy, gdy ministerstwo mówi o ludziach w mundurach. Tyle tylko, że trudno będzie (bardzo trudno) wprowadzić zalecane zmiany.
Oczywiście, „włączenie funkcjonariuszy i żołnierzy do powszechnego systemu emerytalnego oraz ujednolicenie przepisów regulujących ubezpieczenie społeczne” jest bardzo sensownym posunięciem, ale z pewnością wiele osób zatrudnia się w wojsku czy w policji, licząc na wczesną emeryturę. Jak rząd ma zamiar dać sobie radę ze spadkiem liczby kandydatów? Pewnie przez wzrost płacy, a to przecież znacznie zmniejszy korzyści dla budżetu.
Tego samego obszaru wydatków dotyczy postulat „dostosowania wydatków na wojsko do możliwości finansowych państwa w okresie pokryzysowym”. Jak rozumiem chodzi o to, żeby zrezygnować ze sztywnego określania minimum wydatków. Obecnie na drodze ustawowej musimy wydawać każdego roku co najmniej 1,95 proc. PKB.
Nie uważam tych wydatków za niezbędne, ale jesteśmy przecież w NATO, gdzie zobowiązaliśmy się do finansowania wojska tak, żeby szybko zbliżyć się do poziomu profesjonalizacji „starych” członków NATO. Nie wiem, czy z tego powodu nie pojawią się jakieś problemy.
Z uporem też jednak (niektórzy powiedzą, że z uporem godnym lepszej sprawy) przypomnę, że bilans to nie tylko wydatki. To również przychody. W obu przypadkach to społeczeństwo płaci za reformy, ale płaci po to, żeby kolejne pokolenia nie płaciły więcej. Niedawno wicepremier Waldemar Pawlak opowiedział niezły dowcip: rząd już wie, jak zmniejszyć deficyt budżetowy – za pomocą pieniędzy, które są w naszych kieszeniach. To prawda, ale wszystko zależy od tego, z czyich kieszeni się je wyjmuje.
Proponowane w pierwszym rzucie reformy wyjmą je przede wszystkim z kieszeni tych mniej zarabiających. Mam nadzieję, że w drugiej części pojawi się coś interesującego na temat ograniczenia szarej strefy. Potrzebne jest też zmniejszenie procederu samozatrudnienia. Korzystają z tego bardzo często zarabiający krocie menedżerowie, a w większości przypadków chodzi po prostu o uniknięcie płacenia ZUS i składki zdrowotnej we właściwej wielkości.
A potem dziwimy się, że do ZUS i OFE nie wpływa odpowiednia ilość środków, a ochrona zdrowia kuleje. Obawiam się jednak, że takich decyzji nie będzie dopóki zwiększanie się długu nie doprowadzi nas w okolice greckiej tragedii.