O przyszłości na rynkach finansowych niezwykle trudno jest wyrokować, ale zadanie staje się łatwiejsze, gdy mamy konkretne fakty i wnioskujemy na ich podstawie. A doniosłych faktów w odniesieniu do rynków akcji, a w szczególności Wall Street, ostatnio nie brakuje. Trend spadkowy amerykańskiego S&P 500 jest już na tyle głęboki (-18 proc. od szczytu w momencie pisania tego artykułu) i długotrwały (ponad cztery miesiące – na przestrzeni ostatnich trzech dekad dłuższymi przecenami były tylko dwie duże bessy, z lat 2007–2009 i 2000–2002), że zaczyna wykraczać swoimi ramami poza standardową mentalność „buy the dip", do której inwestorzy zdążyli się przyzwyczaić, szczególnie w okresie po wybuchu pandemii.
Zastanawiając się nad warunkami, które historycznie musiały być spełnione, by ukształtowały się twarde dna dużych trendów spadkowych – a z takim zaczynamy bez wątpienia mieć do czynienia – przyjęliśmy ostrożnościowe podejście. Tzn. skupimy tu uwagę nie na myśleniu typowo życzeniowym (co oznaczałoby doszukiwanie się na siłę pozytywów), lecz na tych kryteriach, do których spełnienia ciągle sporo brakuje, i które jednocześnie mają głębokie fundamentalne uzasadnienie. Poniżej cztery takie kryteria.
Za wysokie
Czy akcje na Wall Street stały się wystarczająco tanie, by można było powiedzieć z czystym sumieniem, że wyceny uwzględniają już cały szereg czynników ryzyka? Z jednej strony jak najbardziej pozytywnie można odczytywać fakt, że wskaźniki rzeczywiście przebyły już spory dystans ze szczytów postcovidowej euforii, zasilanej morzem pieniędzy pochodzących od Fedu i innych banków centralnych. Współczynnik ceny do prognozowanych zysków spółek (P/E) z przeszło 22 w trakcie ubiegłego roku zszedł poniżej 17 w momencie pisania tego artykułu. Z kolei cena do wartości księgowej (P/BV) zjechała z 4,85 do ok. 3,90. Ale czy to wystarczy? Zobaczmy, na jakich pułapach wskaźniki te lądowały w trakcie poprzednich trzech dużych epizodów spadkowych (2020, 2018, 2016). P/E zszedł wtedy odpowiednio do 13,3, 13,9 i 14,9 (średnio 14,0). Z kolei P/BV wylądował na poziomach odpowiednio 2,5, 2,9, 2,5 (średnio ok. 2,6). Oznaczałoby to, że obecne wartości P/E i P/BV są wyższe od wartości typowych dla ostatnich trzech dużych dołków średnio odpowiednio o ok. 20 i... 50 proc. A przecież obliczenia te nie uwzględniają jeszcze wcześniejszych dołków, choćby z 2011 roku lub z globalnego kryzysu finansowego!
Za wąskie
Tematu spreadów na rynku obligacji korporacyjnych podwyższonego ryzyka (i rentowności, ang. high yield, HY) nie wyciągamy w tym miejscu z przysłowiowego kapelusza. Od lat bowiem obligacje typu HY traktujemy jako klasę aktywów blisko spokrewnioną z akcjami, zaś spread (czyli różnica między rentownością HY i rentownością obligacji skarbowych) to naszym zdaniem również trafny barometr poziomu „stresu" na rynku akcji. Intuicyjnie uzasadnione wydaje się obecnie założenie mówiące, że spready powinny docelowo ulec mocnemu rozszerzeniu, by uwzględnić cały szereg bolesnych czynników ryzyka, począwszy od agresywnego zacieśniania polityki monetarnej, przez Fed, a skończywszy na postępującym spowolnieniu gospodarczym na horyzoncie. I faktycznie, proces rozszerzania się premii za ryzyko na rynku obligacji korporacyjnych już trwa. O ile jeszcze na początku roku średni spread wg danych BofA niewiele przekraczał 3 pkt proc., o tyle ostatnio rozszerzył się powyżej 4,5 pkt proc., co jest wartością najwyższą od jesieni 2020. Ale czy to już poziom świadczący o silnym stresie na rynkach? To byłaby bardzo odważna teza, skoro w najbardziej kryzysowych sytuacjach po 2009 roku (2020, 2016, 2011) spread rozszerzał się co najmniej powyżej granicy 8 pkt proc. Jeszcze wyższe wartości notowano w trakcie rynków niedźwiedzia w latach 2008–2009 i 2000–2002. Spready rozszerzają się, ale to prawdopodobnie nie jest koniec tego procesu.