REKLAMA
REKLAMA

Okiem eksperta

Polska dwa dni za Czechami, osiem dni za Norwegią i Szwecją

Kolejny czwartek i kolejny niewyobrażalny wcześniej skok w górę liczby nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA z 3,3 mln tydzień wcześniej do 6,65 mln.

Wojciech Białek, analityk rynków finansowych

Foto: Fotorzepa, Radek Pasterski

Co nieco zaskakujące, dolar reagował na to umocnieniem również wobec euro, które nie wykorzystywało relatywnie pozytywnych informacji napływających z Lombardii (najniższej od prawie dwóch tygodni tygodniowej zmiany liczby nowych potwierdzonych przypadków zarażenia koronawirusem), sugerujących, że również europejskie kraje po wprowadzeniu kwarantann będą podążać ścieżką przerabianą wcześniej w chińskiej prowincji Hubei (gdzie epidemia już właściwie wygasła) czy też w Korei Południowej (gdzie jest na dobrej drodze do wygaśnięcia jeszcze w kwietniu). To by sugerowało, że wszędzie epidemia potrwa dwa–trzy miesiące. Najgorzej z tego punktu widzenia sytuacja przedstawia się obecnie nadal w USA, które stały się – z Nowym Jorkiem na czele – nowym epicentrum pandemii (215 tysięcy przypadków). Niepokojąco dynamiczną ścieżką zaczęła się również poruszać Turcja: spośród 25 krajów, które analizowałem, żaden nie miał po dwóch tygodniach od dnia, w którym liczba potwierdzonych przypadków przekroczyła 100, tak wielu chorych (15,7 tysiąca). Polska (2633 przypadki) porusza się ścieżką Czech (3604 przypadki) z dwudniowym opóźnieniem, a także ścieżką Norwegii (5083) i Szwecji (5466) z opóźnieniem wynoszącym osiem dni. Można powiedzieć, że ma to jakiś sens z geograficznego punktu widzenia. Na podstawie tej zależności – dopóki nie zostanie zerwana – można szacować, ile będziemy mieli potwierdzonych przypadków choroby.

Tylko dwa razy w okresie minionych 25 lat WIG tracił w ciągu 20 sesji ponad 30 proc. To było we wrześniu–październiku 2008 po upadku banku inwestycyjnego Lehman Brothers i w sierpniu–wrześniu 1998 r. po bankructwie Rosji. W obu przypadkach były to wydarzenia, których wcześniej raczej nikt nie zakładał („too big to fall"). W obu przypadkach po pierwszej fali paniki przychodziło odbicie (tak jak obecnie), wtórny dołek ustanawiany był jeden–cztery miesiące po pierwotnym, a dopiero później na rynek wracały zwyżki, które po kilkunastu miesiącach prowadziły do odrobienia całości strat poniesionych w trakcie paniki. Jeśli wszędzie epidemia będzie przebiegać ścieżką hubejską, to nie ma chyba powodu sądzić, że po jednym kwartale silnego zahamowania tempa wzrostu gospodarczego na rynki akcji nie wróci życie. Oczywiście wirus może mieć jeszcze jakieś asy w rękawie, które uniemożliwią taki relatywnie optymistyczny scenariusz. ¶

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA