To, że końcówka wyścigu prezydenckiego w USA okazała się tak wyrównana i nerwowa, świadczy nie tylko o wpływie pandemicznego zamieszania na system wyborczy. Pokazuje to również, jak Ameryka jest wewnętrznie podzielona wokół różnych wizji przyszłości. Nie podzieliła jej bynajmniej tylko polityka prowadzona przez prezydenta Trumpa. Mamy bowiem do czynienia ze zjawiskami, które narastały od wielu lat, a nabrały siły po poprzednim kryzysie finansowym. Stany Zjednoczone są nadal supermocarstwem, największą gospodarką świata i największym rynkiem kapitałowym globu. Coraz częściej można się jednak spotkać z opiniami mówiącymi, że są krajem, którego potęga mocno osłabła, choćby w porównaniu z latami prezydentury Ronalda Reagana (1981–1989) czy Billa Clintona (1993–2001). Lokatora Białego Domu czeka więc trudne zadanie – utrzymania siły Stanów Zjednoczonych oraz naprawy trapiących je od lat problemów strukturalnych. I to jest jeden z powodów, dla których ten bój o prezydenturę był taki ważny.