Analizy

Koronawirus będzie nas kosztował miliardy

Nawet najbardziej optymistyczne prognozy sugerują, że w następstwie kryzysu wywołanego przez Covid-19 będziemy trwale biedniejsi o równowartość około 2 proc. PKB z 2019 r.
Foto: Adobestock

Wywołany przez pandemię kryzys nie ma precedensu. Próby wytyczenia ścieżki rozwoju polskiej gospodarki w najbliższych latach wymagają więc przyjęcia licznych założeń bazujących raczej na wyczuciu prognostów niż na doświadczeniach z przeszłości. W tym kontekście znamienne jest, że nawet najwięksi optymiści nie wierzą, że polska gospodarka zdoła w pełni odrobić pandemiczne straty. Owszem, PKB Polski dość szybko wróci do poziomu sprzed pandemii, a następnie może rosnąć mniej więcej w takim tempie, jakiego można się było spodziewać przed kryzysem. To będzie jednak oznaczało, że PKB będzie już stale o kilka procent mniejszy niż prawdopodobnie byłby, gdyby nie wybuch zarazy. O ile mniejszy? Tu oceny są rozbieżne. W źródłach tych rozbieżności można się jednak doszukiwać pewnych wskazówek, co można zrobić, aby długoterminowy koszt pandemii zminimalizować.

Częściowe odbicie

Jeden z najbardziej optymistycznych scenariuszy dla polskiej gospodarki na najbliższe lata zaprezentowali w zeszłym tygodniu ekonomiści z banku Goldman Sachs. Według nich PKB Polski – główna miara aktywności w gospodarce – zmaleje w tym roku o zaledwie 2,3 proc., aby w 2021 r. odbić się o 6,1 proc. Odbicie będzie trwało jeszcze w 2022 r., gdy PKB wzrośnie o 4,8 proc. Później tempo rozwoju polskiej gospodarki ustabilizuje się w okolicy 3,5 proc., co analitycy amerykańskiego banku zakładali w swoich średnioterminowych prognozach także przed wybuchem pandemii. Większość ekonomistów spodziewa się głębszego spadku PKB w 2020 r. (o około 3,5 proc.) i znacznie słabszego odbicia w 2021 r. (przeciętnie o około 4,2 proc.). W tym dominującym scenariuszu stabilizacja wzrostu na poziomie około 3,5 proc. rocznie zaczyna się już w 2022 r.

Gdyby ekonomiści z banku Goldman Sachs mieli rację, PKB Polski na koniec 2023 r. byłby o 12,4 proc. większy niż w 2019 r. Dla porównania, ich poprzednie prognozy zakładały, że w ciągu tych czterech lat aktywność w polskiej gospodarce zwiększy się o niespełna 10 proc. Prognozy sprzed roku, gdy o Covid-19 nikt jeszcze nie słyszał, zakładały jednak, że PKB Polski w 2023 r. będzie aż o 15,1 proc. większy niż w 2019 r. Można więc powiedzieć, że w ocenie analityków Goldmana Sachsa pandemia trwale zmniejszyła polską gospodarkę o 2,7 proc. (za podstawę przyjmując 2019 r.).

Foto: GG Parkiet

Ekonomiści z amerykańskiej instytucji podkreślają, że nie tylko perspektywy polskiej gospodarki oceniają bardziej optymistycznie niż większość analityków. Ich prognozy dla innych państw regionu również są ponadprzeciętne, ale jednak niższe niż dla Polski. Przykładowo PKB Węgier na koniec 2023 r. będzie w ich ocenie o 7,3 proc. większy niż w 2019 r., podczas gdy rok temu sądzili, że będzie o 12,3 proc. większy. Nad Balatonem długoterminowy koszt kryzysu to więc około 5 proc. PKB z 2019 r.

Blizny na rynku pracy

Scenariusz dość bliski dominującym wśród ekonomistów prognozom przedstawił w październiku Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Zwiastuje on w Polsce spadek PKB w tym roku o 3,6 proc., a w 2021 r. odbicie o 4,6 proc. i podobną zwyżkę w 2022 r. Później polska gospodarka ma tracić impet, a od 2024 r. tempo jej rozwoju spadnie już trwale poniżej 3 proc. – tak jak MFW oceniał długo przed kryzysem. Prognozy waszyngtońskiej instytucji sugerują więc, że w 2023 r. PKB Polski będzie o niewiele ponad 9 proc. większy niż w 2019 r. Dopiero w 2024 r. będzie o 12,5 proc. większy – tak jak w prognozach Goldmana Sachsa na 2023 r. Ze względu na to, że MFW pesymistycznie oceniał perspektywy polskiej gospodarki przed wybuchem pandemii, różnica między jego aktualnymi prognozami a tymi sprzed roku jest mała. W październiku 2019 r. MFW oceniał, że w ciągu czterech lat PKB Polski urośnie o 11,2 proc., a w ciągu pięciu lat o 14 proc. Te przewidywania sugerują więc, że trwały koszt pandemii nad Wisłą wyniesie niespełna 2 proc. PKB z 2019 r. Na Węgrzech tak samo liczony koszt kryzysu wyniesie według MFW ponad 5 proc. – podobnie jak w ocenie analityków z Goldmana Sachsa. Analitycy waszyngtońskiej instytucji mówią w tym kontekście o pandemicznych bliznach. Będą one wynikiem m.in. trwałego spadku podaży pracy ze względu na dezaktywizację części osób zniechęconych poszukiwaniem nowego zatrudnienia oraz zaburzeniami w inwestycjach w kapitał ludzki (przerwy w edukacji).

Foto: GG Parkiet

W Polsce niewiele zespołów analitycznych formułuje prognozy wybiegające dalej niż dwa lata w przyszłość. A w tak krótkim okresie ostateczny koszt pandemii może się jeszcze nie uwidocznić. Ekonomiści z Pekao zauważyli jednak, że w najnowszych prognozach departamentu analiz ekonomicznych NBP, opublikowanych w ubiegłym tygodniu, pewien szacunek tego kosztu jest jednak zaszyty. „NBP uznaje pandemiczny szok za trwały: po wyjściu z recesji trajektoria PKB jest równoległa do tej z okresu do 2019 r. włącznie (średnie tempo wzrostu wynosi 4 proc. rocznie). Tym samym, w następstwie pandemii wszyscy są permanentnie biedniejsi" – napisali analitycy z Pekao, komentując publikację NBP. Przyjmując za punkt wyjścia to spostrzeżenie, można założyć, że różnica między poziomem PKB na koniec 2022 r. w świetle obecnych prognoz a poziomem PKB w tym samym punkcie z przedkryzysowych progno, w ocenie analityków NBP utrzyma się w kolejnych latach. To zaś oznaczałoby, że PKB Polski byłby trwale o około 4,5 proc. mniejszy niż byłby, gdyby nie pandemia koronawirusa. – Wszystkie współczesne recesje miały trwały negatywny wpływ na majątek rozumiany jako skumulowany PKB. Tak było też po kryzysie z lat 2007–2009. Większość ekonomistów zakłada, że po pandemii trajektoria PKB będzie podobna jak wtedy, tzn. że ścieżka PKB będzie równoległa do przedkryzysowej, ale będzie leżała niżej – tłumaczy „Parkietowi" Piotr Bartkiewicz, ekonomista z Pekao.

Za wcześnie na pesymizm

Czy rząd może zrobić coś, aby ten długofalowy koszt kryzysu zminimalizować? Przewidywania analityków z Goldmana Sachsa sugerują, że odpowiedź na to pytanie jest twierdząca. Z ich raportu poświęconego perspektywom gospodarek Europy Środkowo-Wschodniej wynika m.in., że konsekwencje pandemii ograniczać może ekspansywna polityka fiskalna. W regionie największym pakietem antykryzysowym, sięgającym niemal 20 proc. PKB, pochwalić mogą się Czechy, gdzie pandemia wyrządzi w ocenie ekonomistów Goldmana Sachsa szkody sporo większe niż w Polsce (PKB będzie trwale mniejszy o około 5 proc. poziomu z 2019 r.). Ten pakiet składał się jednak przede wszystkim z instrumentów gwarancyjnych i pożyczek dla firm. W Polsce bodźce fiskalne sięgały około 12 proc. PKB, ale miały inny charakter niż w Czechach. Większą rolę odegrały nowe wydatki publiczne oraz ulgi w składkach i podatkach. Pod tym względem polski pakiet fiskalny był największy w regionie. Także analitycy z NBP oceniają, że ekspansywna polityka fiskalna była główną siłą ograniczającą głębię recesji w br. i tym samym minimalizującą długofalowe koszty kryzysu. Z ich wyliczeń wynika, że tarcze antykryzysowe dodały w tym roku do wzrostu PKB 2,1 pkt proc., a w 2021 r. dodadzą 1,3 pkt proc.

Foto: GG Parkiet

– Sprzyjająca polityka fiskalna na pewno może pomóc gospodarce wrócić do trendu sprzed pandemii. Ona nie musi polegać na wielkich projektach inwestycyjnych, na laniu betonu – mówi Bartkiewicz. Według niego ryzyko, że pandemia pozostawi trwałe blizny na gospodarce, wiąże się przede wszystkim z jej wpływem na rynek pracy. – W niektórych branżach nie zanosi się na powrót do przedkryzysowej normalności. Ich pracownicy muszą się więc przekwalifikować, znaleźć nowe zatrudnienie. To wymaga czasu. Rząd może jednak ten proces relokacji pracowników między branżami wspierać – dodaje ekonomista z Pekao. Podkreśla jednak, że polityka rządu w tym zakresie musi brać pod uwagę to, że w tym momencie nie jest oczywiste, jakie kwalifikacje będą po pandemii na rynku pracy pożądane.

Foto: GG Parkiet

Zdaniem Bartkiewicza istnieją jednak powody, aby sądzić, że długofalowe koszty pandemii nie będą tak duże, jak obecnie zakłada większość ekonomistów. – Nasza infrastruktura finansowa nie została naruszona, nie doszło do fali bankructw firm ani do drastycznego spadku dochodów gospodarstw domowych. W wielu krajach Europy część dochodów zwykle była wydawana na wakacje w cieplejszych krajach. W tym roku takich przepływów było znacznie mniej. Ale te dochody gdzieś zostaną w końcu wydane. To może oznaczać, że krajowy popyt w Polsce, ale też np. w Niemczech i innych krajach, które są dla nas ważnymi rynkami zbytu, będzie w najbliższym czasie silniejszy niż można było zakładać przed pandemią – tłumaczy.

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.