Zacznijmy od najważniejszego pytania na rynku walutowym: czy Kevin Warsh, szef Fedu, jest bardziej jastrzębiem czy gołębiem?

To bardzo dobre, ale jednocześnie bardzo trudne pytanie. Myślę, że odpowiedź zna przede wszystkim sam Warsh i to, jaką strategię obecnie realizuje. Na początku miał opinię gołębia, później – po czerwcowym posiedzeniu Fedu – zaskoczył rynek wyraźnie jastrzębimi wypowiedziami. Rynek uznał wtedy, że Fed może być gotowy do podwyżek stóp procentowych i bardziej zdecydowanych działań. Wpływ miało również to, że od pewnego czasu trzech członków Fedu konsekwentnie głosuje za podwyżkami stóp. Po lipcowym posiedzeniu okazało się jednak, że ten jastrzębi przekaz nie był już tak wyraźny. Na konferencji prasowej Warsh unikał jednoznacznych deklaracji, operował definicjami i kluczył, ale zabrakło konkretów. Sam podkreślał, że nie zamierza stosować forward guidance, czyli zapowiadać z wyprzedzeniem decyzji Fedu. Z drugiej strony, skoro rynek wyceniał około 30-proc. prawdopodobieństwo podwyżki stóp w lipcu, to można było oczekiwać mocniejszego jastrzębiego przekazu. Tego zabrakło, dlatego rynki poczuły się zawiedzione, a od kilku dni obserwujemy wyraźne osłabienie dolara.

Reklama
Reklama

Któremu ruchowi bardziej wierzyć? Temu po posiedzeniu Fedu, kiedy dolar się umocnił, czy temu z ostatnich dni, gdy dolar znowu traci, bo rynek przestaje wierzyć w szybkie podwyżki stóp?

Warsh może stosować strategię polegającą na utrzymywaniu jastrzębiej retoryki, przy jednoczesnym unikaniu realnych działań. Wiceprezes Fedu John Williams wskazuje, że inflacja prawdopodobnie osiągnęła szczyt wiosną i będzie stopniowo spadać. W takiej sytuacji pojawia się pytanie, po co podwyższać stopy. Moim zdaniem rynki słusznie coraz mniej wierzą w podwyżkę we wrześniu. Obecnie prawdopodobieństwo nadal przekracza 50 proc., ale spodziewam się, że będzie ono maleć. Jeśli we wrześniu do podwyżki nie dojdzie, to sens kolejnych ruchów w październiku czy grudniu również stanie pod znakiem zapytania. Obecny gołębi „repricing” rynku wydaje mi się właściwym kierunkiem.

To oznacza dalsze osłabienie dolara?

Tak. Na tym tle dolar może dalej tracić, natomiast bardziej ryzykowne aktywa, które mocno ucierpiały w czerwcu i lipcu, mają szansę na odreagowanie.

Co w takim razie może dziać się z eurodolarem, też mając na uwadze fakt, że Europejski Bank Centralny rozpoczął już podwyżki stóp proc.?

Europejski Bank Centralny podniósł stopy w czerwcu. Pojawiają się oczekiwania, że kolejna podwyżka mogłaby nastąpić jesienią, choć nie jestem przekonany, że do niej dojdzie. Dla EBC bardzo ważnym czynnikiem pozostają ceny ropy. Jeśli pozostaną względnie stabilne, kolejna podwyżka może nie być konieczna. Dla eurodolara ważniejsze od działań EBC jest jednak to, co zrobi Fed. Jeżeli przyjmiemy, że Fed jesienią nie zdecyduje się na podwyżki, dolar będzie się osłabiał, a para EUR/USD może wrócić nawet w okolice 1,18–1,19. Dodatkowo może narastać przekonanie, że Fed nie poradzi sobie skutecznie z inflacją, co byłoby korzystne również dla rynku złota.

Czy poziomy poniżej 1,14 eurodolara można traktować jako dołek obecnego ruchu?

Mam wrażenie, że obecnie jest to strefa wsparcia. W najbliższych tygodniach bardziej prawdopodobne wydaje się odreagowanie wcześniejszych spadków. Czy poziom 1,14 zostanie przebity, okaże się w dłuższym terminie. Do listopadowych wyborów w USA spodziewam się raczej słabszego dolara.

Przejdźmy do złotego. Czy jego ostatnie osłabienie było przede wszystkim skutkiem sytuacji dolara, czy większe znaczenie miały czynniki krajowe, takie jak zapowiedź prezesa Glapińskiego dotycząca możliwej obniżki stóp?

Wypowiedź Glapińskiego z początku lipca rzeczywiście osłabiła złotego. Kurs EUR/PLN wzrósł wtedy o około pięć groszy, ponieważ rynek przestraszył się możliwości obniżki stóp już we wrześniu. Wcześniej zakładano raczej, że taki ruch mógłby nastąpić dopiero pod koniec roku. Dodatkowo w lipcu rynek żył jeszcze możliwością podwyżki stóp przez Fed, co również nie sprzyjało złotemu. Teraz sytuacja się zmienia. Polska gospodarka nadal prezentuje dobre wyniki – PKB za drugi kwartał może sięgnąć około 4 proc. Widać również, że ceny paliw mogą utrzymać inflację na podwyższonym poziomie, dlatego wrześniowa obniżka stóp wydaje się mało prawdopodobna. Jeśli temat powróci, to raczej w listopadzie, po publikacji nowej projekcji inflacyjnej. To oznacza, że czynnik negatywny dla złotego stopniowo znika.

Jakie są więc perspektywy złotego?

Uważam, że poziom 4,30 zostanie przełamany w dół i postawię odważną tezę – na początku września możemy zobaczyć nawet 4,25.

Na koniec o japońskim jenie. Interwencja walutowa może wpłynąć na notowania w długim terminie?

W długim terminie interwencje są skuteczne tylko wtedy, gdy stoją za nimi fundamenty. Bez nich zwykle działają najwyżej przez około trzech miesięcy. Obecną sytuację porównuję do 2024 r., kiedy również w lipcu Bank Japonii interweniował, a później przez trzy miesiące dolar wobec jena wyraźnie się osłabiał. Dlatego spodziewam się, że przez najbliższe trzy miesiące dolar względem jena może nadal spadać – z obecnych okolic 157 nawet w kierunku 152–150. To wpisuje się w scenariusz ogólnego osłabienia dolara na światowych rynkach do listopada.