Paliwa do tego ruchu dolała wyraźnie jastrzębia decyzja Fed, co kłóciło się z postawą RPP. Amerykanie podnieśli stopy zgodnie z oczekiwaniami, a Kevin Warsh dobitnie zakomunikował, że cel inflacyjny 2 proc. nie podlega negocjacjom. Efekt? Rentowności w USA w okolicach 5 proc., mocny dolar i ucieczka kapitału z rynków wschodzących. Problem złotego ma jednak głębsze podłoże. Po raz pierwszy od dawna stopa procentowa w USA jest wyższa niż w Polsce. Inwestor, który dotychczas trzymał złotego dla wyższego oprocentowania, dziś nie ma do tego powodu. Dodatnia różnica dla złotego do marca była dla złotego tarczą, a teraz zmieniła się w jego piętę achillesową. Z obecną postawą obu banków centralnych może pojawić się sytuacja, że ta różnica jeszcze zwiększy się na korzyść dolara. Do tego dochodzi drugi front, czyli surowce energetyczne. Ceny gazu idą w górę, a warto przypomnieć, że gdy notowania gazu były na obecnych poziomach w 2022 roku, za euro płaciliśmy 4,68 zł. Dla importera surowców, jakim jest Polska, drożejąca energia to prosta droga do pogorszenia bilansu handlowego i dodatkowej presji na walutę.

Co więc może uratować złotego? Kluczem pozostaje Fed. Gdyby zasygnalizował, że jedna podwyżka będzie wystarczająca, dolar wyhamuje, a kapitał wróci na rynki wschodzące. Drugim ratunkiem byłby zwrot postawy ze strony RPP, ale to teoretycznie mogłoby się odbić negatywnie na gospodarce oraz na sytuacji fiskalnej Polski. Jednocześnie jest sprawa, która kompletnie od nas nie zależy: ceny energii. Jeśli pojawi się jakieś porozumienie, cena ropy i gazu spadnie, co powinno poprawić sytuację złotego czy euro.