Zbigniew Parafianowicz jest autorem m.in. książki „Polska na wojnie”, w której w pasjonujący sposób opisał kulisy polskiego zaangażowania w pomoc dla Ukrainy w ciągu pierwszych kilkunastu miesięcy pełnoskalowego konfliktu z Rosją. Jego najnowsze dzieło, „Kłopot z Zełenskim”, czyta się równie dobrze, choć to lektura w wielu miejscach wstrząsająca. Niszczy ona choćby złudzenia, co do możliwości zdobycia przez polskie firmy kontraktów na odbudowę Ukrainy. Ukraińskie „elity” wolą je bowiem przyznać Białorusi, za czym przemawiają choćby ich powiązania biznesowe. Parafianowicz pokazuje również, jak dziurawa jest ukraińska ustawa o sankcjach i jak Ukraina kupowała od Węgrów olej napędowy z rosyjskiej ropy.

Książka jest oparta na relacjach anonimowych ministrów z rządu Tuska, wysokiej rangi urzędników z kancelarii premiera oraz kancelarii prezydentów Dudy i Nawrockiego, dyplomatów (polskich i ukraińskich), a także samych współpracowników Zełenskiego. Obraz ukraińskiego prezydenta i jego ekipy jest w niej bardzo niepochlebny.

Zarówno przedstawiciele PO, jak i PiS solidarnie kreślą wizerunek Ukrainy jako skorumpowanego postsowieckiego kraiku, który skłóca się z potencjalnymi partnerami. O ile premier Tusk ponoć nie lubi Ukraińców i jest przekonany, że w Kijowie rządzą „Ruscy i złodzieje”, to cierpliwość do Zełenskiego stracili też ludzie, którzy od lat angażowali się w poprawę relacji z Ukrainą. Ekipa Zełenskiego sama na to pracowała, choćby obmawiając europosła Pawła Kowala, że jest „za mało proukraiński”. Zełenski ponoć skarżył się na Polaków nawet u... Trumpa, choć sam miał w Waszyngtonie kiepską opinię wśród republikanów. Jak zauważa Parafianowicz, Ukraińcy nie szanowali prezydenta Bidena, a Trumpa się zwyczajnie bali.