O potencjale tkwiącym na rynkach wschodzących pisaliśmy w ostatnich latach nieraz. W tym roku taki scenariusz się wreszcie realizuje, z korzyścią choćby dla naszego rodzimego WIG20. Pojawia się jednak pytanie – czy po wzroście indeksu MSCI Emerging Markets o przeszło 60 proc. od dołka z początku 2016 roku teza o potencjale zwyżkowym jest jeszcze aktualna? Czas na aktualizację diagnozy.
Indeks MSCI Emerging Markets
Zacznijmy od analizy technicznej. W maju br. sygnalizowaliśmy, że hossa na rynkach wschodzących zaczyna nabierać rumieńców wraz z przełamaniem przez ich indeks kluczowej linii oporu. Wskaźnik wybił się górą z potężnej formacji obejmującej okres ponad dziesięciu lat (!). I faktycznie, ten sygnał okazał się trafny, bo od tamtego czasu trwa niemal niezmącona zwyżka. Impetu wystarczyło nawet na to, by indeks przedarł się przez strefę oporu wyznaczoną przez lokalne szczyty z wiosny 2015 r. oraz jesieni 2014 r. Ostatnio wspiął się na poziomy najwyższe od ponad sześciu lat. Jakże dynamiczny jest tu rozwój wydarzeń – przecież jeszcze na początku 2016 r. indeks EM był... najniżej od ponad sześciu lat.
Jak zachowa się MSCI Emerging Markets
Co dalej? Kolejnym ważnym poziomem oporu jest szczyt z wiosny 2011 r. (sprzed pamiętnego letniego krachu), leżący w odległości niespełna 7 proc. od obecnych pułapów. Dojście do tego pułapu prawdopodobnie mogłoby się zbiec w czasie z atakiem naszego WIG na niepokonany do tej pory rekord sprzed dziesięciu lat.
Według części wskaźników akcje na emerging markets są ciągle tanie
I tutaj pojawia się poważny problem. Od dawna rynki wschodzące nie przeżyły korekty z prawdziwego zdarzenia, a to może oznaczać, że ryzyko takiej korekty jest już wysokie. A na emerging markets porządna korekta to nie jest spadek o 3 czy 5 proc., lecz o 10 proc. i więcej.
A tymczasem zniżki o te umowne 10 proc. nie było już od ponad... 11 miesięcy. Z naszych obliczeń wynika, że jest to już jeden z najdłuższych okresów bez solidnej przeceny. Rekordowy odnotowaliśmy w okresie marzec 2003 – kwiecień 2004 i było to nieco ponad 13,5 miesiąca. Do wyrównania tego rekordu brakuje więc raptem ok. dwóch miesięcy.
„Supercykl” w notowaniach dolara w fazie korzystnej dla emerging markets?
Warto wspomnieć, że po zakończeniu serii zwyżkowej z lat 2003–2004 MSCI EM runął błyskawicznie nie tylko o owe progowe 10 proc., nie o 15 proc., lecz aż o 20 proc. Rekordowo długa jednostajna fala zwyżkowa została więc przerwana w sposób dramatyczny (na pocieszenie trzeba dodać, że tamte zwyżki były dużo szybsze niż obecnie).
Skoro zbliżamy się wielkimi krokami do tamtego rekordu spokoju, to kto wie, czy i tym razem rynki wschodzące nie zostaną równie brutalnie wytrącone z równowagi. Pocieszające jest jednak to, że emerging markets dość szybko otrząsnęły się z tamtego szoku i w lecie 2004 r. na dobre przystąpiły do kolejnego etapu hossy, która miała jeszcze długo potrwać.
Najdłuższe fale wzrostowe na emerging markets bez 10 proc. korekty spadkowej
Perspektywa powtórki takiego scenariusza (najpierw mocna przecena, potem kontynuacja hossy) wydaje się szczególnie kusząca także z innych względów, nie tylko dlatego, że ruch zwyżkowy z lat 2003–2004 podobnie jak ten obecny startował z poziomów bliskich wieloletnim minimom.
Co z wycenami spółek?
Mimo ryzyka solidnej korekty na horyzoncie ciągle widać tak jak wtedy – przed tąpnięciem na początku 2004 roku – długoterminowy potencjał na emerging markets.
Pierwszy argument jest taki, że wyceny na rynkach wschodzących są ciągle niskie. Być może nie widać tego w przypadku wskaźnika cena/zysk, ale to nie jest preferowana miara atrakcyjności ze względu na to, że zyski na emerging markets są po mocnym regresie z lat 2012–2015 (więc wydają się zaniżone w tej fazie cyklu). Bardziej wiarygodne miary, przykładowo cena/przychody ze sprzedaży, są sporo poniżej zarówno historycznej średniej, jak i rynków rozwiniętych (w USA wskaźnik buja w obłokach). Pod tym względem jest ciągle sporo zaległości do nadrobienia na przestrzeni lat.
Drugi argument za długoterminowym potencjałem ma zupełnie inny charakter. W niedawnej, wrześniowej analizie na podstawie obszernych danych statystycznych pokazaliśmy, że koniunktura na emerging markets w dużym stopniu uzależniona jest od dolara amerykańskiego, zwłaszcza mierzonego względem szerokiego koszyka innych walut. Jeśli USD słabnie, jest to dobry znak dla EM (tak jest właśnie w tym roku). Nie da się wykluczyć, że w kolejnych miesiącach dolar będzie próbował odrabiać straty (co by współgrało z prawdopodobną przeceną na EM), ale na długą metę widać nadal potencjał do osłabiania się amerykańskiej waluty. Kurs USD względem szerokiego koszyka od ponad 20 lat podąża w wielkim cyklu. Pod koniec 2016 r. odbił się od szczytów tego cyklu, zaś do jego dołków (z lat 2011 i 1995) dzieli go dystans ok. 20 proc. To mogłoby być paliwo do dynamicznej hossy na emerging markets.
Reasumując, po 60-proc. wzroście od dołka na rynkach wschodzących i ponad 11 miesiącach bez korekty z prawdziwego zdarzenia należy liczyć się z ryzykiem solidnego tąpnięcia (o co najmniej 10 proc., a w czarnym scenariuszu o 20 proc.) w ciągu kilku najbliższych miesięcy – jeśli wierzyć historycznym statystykom. Ale ta prawdopodobna przecena nie musi od razu zakończyć całej hossy, bo w emerging markets na dłuższą metę ciągle tkwi potencjał.