Marcowy dołek został niemal natychmiast wymazany, dając do zrozumienia, że w obecnej fazie cyklu nie ma miejsca dla niezdecydowanych. Wyceny na poziomie 21-krotności prognozowanego wskaźnika P/E pokazują, że mnożniki, które jeszcze przed wybuchem konfliktu uchodziły za „wymagające”, nadal mają przestrzeń do ekspansji. W takim otoczeniu naturalnie rośnie znaczenie dywersyfikacji geograficznej, a w tym kontekście coraz trudniej ignorować Chiny i Indie.

Z większym przekonaniem zaczynam patrzeć na Chiny, gdzie ponury nastrój, pozostający zakładnikiem kryzysu nieruchomości i słabej krajowej konsumpcji, zaczyna zderzać się z fundamentami i atrakcyjnymi wycenami. Problemy oczywiście nie zniknęły. W ubiegłym tygodniu uczestniczyłem w spotkaniu z dr. Mikko Huotarim, który określił współczesne Chiny mianem „70 proc. propagandy / 30 proc. real high-tech”. Chiński model wzrostu nadal opiera się głównie na inwestycjach infrastrukturalnych i eksporcie, podczas gdy popyt wewnętrzny pozostaje relatywnie słaby. Jednocześnie trudno ignorować skalę transformacji technologicznej dokonującej się dziś w chińskiej gospodarce. To właśnie spółki z obszaru automatyzacji, robotyki, magazynowania energii czy elektromobilności coraz mocniej przesuwają środek ciężkości chińskiego rynku akcji. Chiny, przez ograniczenia w dostępie do najbardziej zaawansowanych chipów, nadal ustępują USA w treningu modeli, ale mogą zostać liderem na etapie ich wdrażania i inferencji. Właśnie na fundusze z ekspozycją na chińską technologię patrzę najcieplej. Warto wspomnieć również o relatywnie niskiej korelacji chińskich akcji z rynkami rozwiniętymi, co zwiększa ich atrakcyjność w kontekście dywersyfikacji globalnego portfela. Dominacja inwestorów krajowych ogranicza wpływ globalnych przepływów kapitału, a rekordowe oszczędności gospodarstw domowych mogą w kolejnych kwartałach wspierać lokalny rynek akcji.

Irytację po beznadziejnym 2025 r. i słabym I kwartale mogą odczuwać ci, którzy otworzyli się na rynek indyjski. Pamiętliwość nie jest jednak najbardziej pożądaną cechą inwestora. Jest nią umiejętność odcięcia się od wcześniejszego nastawienia i świeżego spojrzenia na perspektywy wyglądające dziś coraz atrakcyjniej. Największym przegranym pozostaje indyjska technologia, często dyletancko sprowadzana do roli taniego outsourcingu usługowego. W rzeczywistości jest to sektor oparty na wykwalifikowanym personelu i eksporcie usług IT, który od początku roku przecenił się o blisko 20 proc., wyraźnie odstając od wygrzanej azjatyckiej technologii. W mojej ocenie rynek zaczyna dziś wyceniać scenariusz zbyt pesymistyczny. Indie oczywiście nie zostaną liderem produkcji półprzewodników, ale ich przewagi leżą zupełnie gdzie indziej. W przeciwieństwie do Chin przewaga Indii w wyścigu AI nie leży w infrastrukturze, lecz w kapitale ludzkim i skali wdrożeń. Szczególnie interesująca wydaje się rozbieżność między odpływami kapitału z funduszy hedgingowych i od asset menedżerów a utrzymującymi się napływami bezpośrednich inwestycji zagranicznych. O ile kapitał instytucjonalny pozostaje sceptyczny wobec Indii, o tyle kapitał strategiczny najwyraźniej nie zmienia swojej długoterminowej oceny regionu. Rynek indyjski historycznie handlował z premią względem pozostałych rynków wschodzących, jednak ostatnia przecena znacząco ją ograniczyła. Największe okazje rzadko pojawiają się tam, gdzie nastrój pozostaje jednomyślnie pozytywny.