Tylko bez wdawania się w dywagacje na temat omylności projekcji inflacyjnych NBP z poprzednich publikacji i bez zakładania poprawek na ostatnią z nich można przyjąć, że inwestorzy koncentrujący swoje wysiłki na próbach ochrony oszczędności przed skutkami inflacji nareszcie mają na to szansę przy użyciu najprostszej dostępnej metody – zakupu obligacji skarbowych indeksowanych inflacją.

Zyskowny spadek

Paradoksalnie, to spadająca inflacja jest sprzymierzeńcem posiadaczy obligacji tego typu. Przyczyna jest prosta – inflacja jest obliczana wstecz, za okres, który już minął, natomiast oprocentowanie ustalane jest „do przodu”, czyli na okres nachodzący, choć jego wysokość naliczana jest na podstawie danych z przeszłości. Jeśli w IV kwartale przyszłego roku inflacja naprawdę wyniesie 8 proc., jak wskazuje na to projekcja, zysk posiadacza takich obligacji sięgnie ok. 11 pkt proc. brutto. A to dlatego, że inflacja za minione 12 miesięcy wynosi 17,9 proc. i obligacje, które wejdą w kolejny okres odsetkowy na podstawie inflacji zanotowanej w październiku, za rok wypłacą 18,9 proc. odsetek. Nawet po odliczeniu podatku będzie to 15,3 proc., a więc wciąż prawie dwa razy więcej niż prognozowana inflacja. Schody zaczynają się jednak w momencie, w którym uświadomimy sobie, że aby zdobyć takie obligacje, nasz inwestor musiałby je kupić co najmniej przed rokiem. A dla nabywców z ubiegłego roku, w pierwszym roku ich oprocentowanie wynosiło... 1,3 proc. Inflacja za ten okres to – przypomnijmy – 17,9 proc. Realna strata z pierwszego roku inwestycji jest więc ogromna i nie pokryje jej nawet spadek inflacji do 0 proc. w kolejnych latach.

Papierowa szansa

Obecne warunki emisji obligacji oszczędnościowych są o wiele lepsze niż rok temu, podobnie jak perspektywy inflacji (choć o tym ostatnim można i należy dyskutować). Przede wszystkim, w pierwszym roku oprocentowanie czteroletnich obligacji wynosi 7 proc., a innych – dłuższych – obligacji indeksowanych inflacją jest nawet nieco wyższe (do 7,5 proc.). To sprawia, że realna utrata siły nabywczej oszczędności ulokowanych w obligacjach będzie znacznie mniejsza, nawet gdyby inflacja miała w rzeczywistości utrzymać się na dwucyfrowym poziomie do końca przyszłego roku.

W kolejnych latach inflacja powinna być niższa. Tak zakłada projekcja i większość prognoz ekonomistów. I to jest najsłabsza część całej teorii. Publikowane od 2016 r. projekcje nagminnie nie doszacowują poziomu przyszłej inflacji. Choć od analityków i ekonomistów zazwyczaj oczekujemy konsekwentnego podejścia, to akurat w tej sytuacji być może należałoby rozważyć naniesienie poprawek do modelu, którego wady w ostatnich latach zostały aż nadto uwypuklone. Bo modele inflacji, którymi posiłkują się analitycy na całym świecie, mają tę właśnie wadę – opierają się na wydarzeniach z przeszłości i zakładają, że inflacja wcześniej czy później zacznie grawitacyjnie spadać. Nasza teraźniejszość i przyszłość różnią się jednak od tych modeli, nie tylko z uwagi na nieobliczalne posunięcia satrapy zza miedzy, ale także ze względu na konsekwencje zmian klimatu, wyczerpywanie zasobów naturalnych i demografii. Nie da się eksploatować surowców nieodnawialnych w nieskończoność, a to oznacza, że ceny brakujących towarów potrzebnych coraz większej liczbie ludzi muszą rosnąć. Być może nie jest to perspektywa akurat najbliższych czterech lat, ale długoterminowa – jak najbardziej.