Takie podejście odciąga jednak uwagę od ważkich lokalnych kwestii, które nie pozostają bez wpływu na tempo wzrostu gospodarczego.
Jedną z tych istotnych kwestii są perspektywy wzrostu konsumpcji prywatnej. W latach 2004–2008 tylko ona sama zapewniała średnio blisko 3 proc. wzrostu. W kolejnych trzech latach jej średnia kontrybucja spadła do 1,6 pp., w 2012 r. do zaledwie 0,5 pp., by wreszcie w I kwartale spaść do zera.
Do wielu czynników, które w latach poprzedzających globalny kryzys silnie wspierały prywatną konsumpcję, powrotu już nie ma
W tym kontekście kluczowe wydaje się pytanie, na ile stan konsumpcji jest pochodną tego, co dzieje się w naszym otoczeniu (wpływu na zachowanie się gospodarstw domowych), a na ile związany jest z pewnymi systemowymi zmianami u nas w kraju?
Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba odnieść się do elementów, które stały za wzrostem konsumpcji prywatnej w ostatnich latach. Elementów tych było kilka. Po pierwsze, w szybkim tempie rosły dochody gospodarstw domowych. Był to szczególnie istotny czynnik w latach 2006–2008, kiedy to fundusz płac w sektorze przedsiębiorstw rósł realnie w średniorocznym tempie 10 proc. (była to zasługa rosnącego zatrudnienia – rynek pracy wchłaniał liczne roczniki absolwentów, spadało też bezrobocie, a także rosnącej średniej płacy). Po drugie, pozytywne otoczenie makroekonomiczne (w tym w szczególności trwała poprawa na rynku pracy po wejściu do UE) doprowadziło do istotnych zmian w modelu zachowań gospodarstw domowych: spadła skłonność do oszczędzania, a równocześnie wzrosła skłonność do zadłużania się. O ile na początku minionej dekady 12 proc. bieżących dochodów gospodarstw było odkładane na poczet przyszłej konsumpcji, o tyle obecnie wszystko w zasadzie jest na bieżąco wydawane. Malejąca skłonność do oszczędzania powodowała z kolei, że wydatki gospodarstw mogły rosnąć szybciej niż ich dochody. Dodatkowe wsparcie dla wydatków dostarczało też rosnące wykorzystanie kredytu – relacja kredytów konsumpcyjnych do PKB wzrosła z 6 proc. w 2004 r. do 10 proc. na przełomie 2008 i 2009 r. W efekcie pod względem penetracji tego typu kredytów znaleźliśmy się wśród liderów Unii.
Już tylko na bazie powyższego opisu wyraźnie można stwierdzić, że do wielu czynników, które w latach poprzedzających globalny kryzys silnie wspierały prywatną konsumpcję, powrotu już nie ma. Przy stopie oszczędności na poziomie zera uzyskanie pozytywnych efektów malejącej skłonności do oszczędzania jest w zasadzie niemożliwe. Co więcej, patrząc z szerszej perspektywy, trwanie przy tak niskiej stopie jest niekorzystne, a nawet niebezpieczne dla gospodarki. Powoduje ono bowiem uzależnienie procesów inwestycyjnych w naszym kraju od zadłużania się za granicą. Biorąc pod uwagę wysoką penetrację, trudno również oczekiwać, by kredyt konsumencki był w stanie w istotny sposób wspierać wzrost konsumpcji w najbliższych latach. Można stwierdzić, że w pewien sposób „skonsumowaliśmy" w minionych latach jednorazowe czynniki stymulujące wzrost konsumpcji prywatnej i w związku z tym w najbliższych latach będzie ona w znacznie większym stopniu bezpośrednio uzależniona od wzrostu dochodów. W tej sytuacji konsumpcja prywatna nie może być pierwotnym kołem zamachowym gospodarki. Tym kołem muszą stać się inwestycje i eksport, a dopiero wywołany przez nie szybszy wzrost dochodów może wtórnie zasilić wzrost PKB. Warto o tym pamiętać w sytuacji, gdy głównym narzędziem w naszej walce z kryzysem wydaje się dziś obniżanie stóp procentowych, które ma służyć temu, by Polacy wydawali i konsumowali więcej.
Jeśli chcemy istotnego (i trwałego) przyspieszenia wzrostu, musimy poszukiwać rozwiązań w polityce strukturalnej, zmianach prowadzących do poprawy międzynarodowej konkurencyjności gospodarki i tym samym do wyższych inwestycji i eksportu.