Dzisiejsza sesja rozpoczęła się w fatalnych nastrojach. Notowania
rozpoczęliśmy od spadku cen o ponad 1%. Ta przecena była bezpośrednim
wynikiem pojawienia się dwóch czynników. Oba dotyczyły szybszego niż
oczekiwany wzrostu gospodarczego Japonii i Chin i oba wpływały na zmianę
oczekiwań co do wysokości stóp procentowych w tych krajach. W przypadku
Japonii wzrost stóp oznaczał nie tylko strach przed możliwością
spowolnienia w samej Japonii, ale może przede wszystkim wzrost kosztu
finansowania pozycji w ramach carry trade. W przypadku Chin ewentualne
chłodzenie rozgrzanej gospodarki odbiłoby się pośrednio i na naszym rynku.
Przekaźnikiem byłby spadek cen na rynku surowców, a także prawdopodobne
wycofywanie się z inwestycji na rynki wschodzące.
Wprawdzie w obu przypadkach mieliśmy do czynienia jedynie z możliwościami,
a nie faktycznymi decyzjami, to mocno na te wiadomości zareagował rynek
walutowy umacniając jena. Już sam ten fakt, wpłynął na osłabienie złotego
i spadki na naszym rynku. Impuls mógł być wykorzystany przez podaż, ale
nie był. Wprawdzie początek sesji był słaby, ale każda kolejna godzina
zmniejszała dystans do poziomu zamknięcia z środy. Sesję kończymy w
połowie rozpiętości wahań z tego dnia, ale najważniejsze jest to, że
nastrój nie popsuł się na tyle poważnie, by w końcówce notowań wyznaczać nowe minima
sesji.
Brak nowych minimów na koniec sesji jest także istotny z innego powodu.
Początkowy spadek cen sprowadził wykresy indeksu i kontraktów na poziom
linii trendu wzrostowego. Jej przełamanie mogłoby sugerować, że na rynku
pojawi się nieco większa przecena. Do przebicia tej linii nie doszło.
Popyt wybronił ceny już na jej poziomie, a właściwie całą sesję należy
uznać za powolne oddalanie się od tego wsparcia. Jak więc widać,
zakończenie notowań na nowych minimach faktycznie oznaczałoby uzyskanie
przewagi przez podaż. Na tyle mocnej przewagi, że trzeba by było liczyć
się z możliwością testu poziomu luki hossy w okolicy 3400 pkt.