Niewiele brakowało, raptem nieco ponad 3 pkt wartości średniej
przemysłowej Dow Jones, a sesja byłaby kolejną sesją wzrostową. Początek
notowań nie wskazywał na to, że popyt będzie się starał bić wieloletnie
rekordy. Indeksy zaczęły spadkiem i raczej można się było liczyć z
minusami na koniec sesji. Tymczasem indeksy zamknęły notowania na poziomie
końcówki z poprzedniego dnia. Można to uznać za sukces byków. Rekord
wprawdzie nie został pobity, ale jest to sprawa czysto statystyczna.
Faktycznie ważny w tym wszystkim jest to, że na rynku amerykańskim nadal
nie było poważniejszej korekty. Spadki przychodzą z trudem. Jednym z
powodów takiego stanu rzeczy jest wątpliwość co do samej zwyżki, co jak
już wiemy, raczej jej sprzyja.
Za inną przyczynę tego spokoju na rynku akcji za oceanem uważane
oczekiwanie na dzisiejszą publikację komunikatu po posiedzeniu FOMC. Co do
samej decyzji, to rynek nie ma wątpliwości. Wszyscy analitycy, jednym
chórem mówią o tym, że Fed wysokości stóp nie zmieni. Różnice dotyczą
wymowy treści komunikatu towarzyszącego samej decyzji. Prawdę mówiąc chyba
najlepiej byłoby, by nie zmieniła się ona od tego, co Fed opublikował
poprzednim razem. Na rynku jest duża niepewność co do przyszłych ruchów w
ramach polityki pieniężnej. Analitycy nie są zgodni, czy kolejnym ruchem
będzie jej zacieśnienie, czy poluzowanie. Ogólnie panuje zgoda, że do
końca wakacji raczej zmian nie będzie, a członkowie będą czekać na dane
dotyczące II kw. i wstępne szacunki III kw. Oczywiście rodzi się pytanie,
czy to nie będzie za późno, ale pewnie te rachuby zmieniłyby się, gdyby
któraś z publikacji miesięcznych okazała się zaskakująca w swojej wymowie.
To wyczulenie na treść komunikatu może sprawić, że każda jej zmiana
zostanie odebrana niemal jak zapowiedź kolejnej decyzji i może wywołać
zamieszanie na rynkach.
My także będziemy czekać na wydarzenia z USA, ale przez to, że będą one
miały miejsce już po naszym zamknięciu będziemy mogli na nie zareagować
dopiero jutro. Co nie znaczy, że dziś będzie nudno. Nie powinno być.
Przyczyną takiego nastawienia jest wczorajsza słaba końcówka notowań. Nasz
rynek akcji oraz złotego ugiął się pod ciężarem wypowiedzi niemieckiego
ministra finansów Peera Steinbruecka, który swoimi słowami naruszył
misterną konstrukcję domku z kart jakim jest treść hasła "carry trade".
Minister jest bowiem zdania, że jen znajduje się w trwałym trendzie
wzrostowym, co nie mniej ni więcej oznacza, że każdy kto zaciągnął kredyt
w japońskiej walucie musi się liczyć z tym, że z czasem będzie to coraz
droższy kredyt tylko ze względu na umacnianie się jena. Tak się składa, że
mnóstwo jenów zostało pożyczonych, by sfinansować inwestycje na cały
świecie w instrumenty o wyższej rentowności niż koszt zaciągniętego
kredytu w jenach. Na razie się to udaje, ale zapewne do czasu. Jeśli jen
faktycznie zacznie się umacniać to nie tylko zmniejszy wynik wspomnianej
operacji, ale także każe części w nią zaangażowanych inwestorów redukować
pozycje, a więc i kupować jena w celu zwrócenia długu, co tylko tej
walucie pomoże. Istnieje więc spory nawis popytu na jena, który na razie
jest cierpliwy, ale jak widać takie wypowiedzi, jak wczorajsza tą
cierpliwość nadwerężają. Fakt, że rynki zareagowały tak mocno na kilka
zdań ministra finansów Niemiec świadczy o tym, że korekta ostatnich
radosnych wzrostów zbliża się nieubłaganie. I nie chodzi tu nawet o same
słowa ministra, ale o siłę reakcji na nie. Sam jen dużo się nie umocnił,
ale przecież on w tej chwili jest na końcu łańcuszka. Trzeba pamiętać, że
inwestycje w instrumenty finansowe za ś jena sprawia, że na
naszym rynku pojawia się podaż. Jej siła i dynamika ruchu cen wczoraj
została pokazana. Zresztą podaż nie wiąże się tylko z samym kapitałem
związanym z "carry trade", ale także tymi wszystkimi, którzy mają
świadomość jego istnienia i nie chcą obudzić się z ręką w nocniku.
Wczorajszy spadek cen w końcówce będzie kładł się cieniem na dzisiejszych
notowaniach. Można podejrzewać, że część inwestorów jeszcze nieco
przestraszona podejmie decyzję o sprzedaży. Mimo tego spadku należy
pamiętać, że w punktu widzenia analizy technicznej wiele się wczoraj nie
wydarzyło. Pierwszym poziom wsparcia, którego przełamanie może dać sygnał
słabości jest dołek w okolicy 3510 pkt., a później znana wszystkim luka
hossy. Przełamanie dołka może być istotne dla graczy szybszych, a
wspomniana luka to poziom dla graczy o średnioterminowym horyzoncie
inwestycyjnym. Pozostaje obserwować notowania właśnie z takim
odniesieniem. Emocje z każdej zmiany cen nie są zdrowe, a poddanie się nim
może okazać się kosztowne. Rynek się jeszcze nie zawalił. Owszem zwyżka
jest podejrzana, ale skoro takie wątpliwości ma wielu graczy to wydaje
się, że większy spadek nam jeszcze teraz nie grozi. Jeszcze nie teraz.