Po trzech sesjach zwyżki i stosunkowo mocnej końcówce wczorajszych notowań
zadanie dla byków na dziś nie było zbyt wygórowane. By uznać rynek za
faktycznie mocny, a nie jedynie odbijający po wcześniejszej przecenie,
popyt musiał postarać się, by ceny nie spadły znacznie poniżej środowego
zamknięcia. Nikt nie wymagał od kupujących kontynuacji ruchu i kolejnej
sesji wzrostów. Trzeba było utrzymać status quo. Czy to dużo? Jak się
okazało, całkiem sporo.
Sesja zaczęła się pomyślnie dla właścicieli długich pozycji. Notowania
ruszyły bowiem na niewielkim plusie. Później do głosu doszła podaż, ale
popyt dawał sobie z nią radę. Ceny poruszały w się bardzo powoli. Najpierw
powoli opadały, a później równie powoli się podnosiły. Gdy doszły do
poziomu zamknięcia z środy ponownie zaczęły opadać. O 14:00 znalazły się w
pobliżu południowych dołków. Do tej chwili popyt miał spore szanse na
zakończenie dnia z pozytywnym dla siebie wynikiem. Musiał jedynie nie
dopuścić do dalszego spadku. Nie udało się - ceny zeszły na nowe minima.
Przed 15:00 znaleźliśmy się w okolicy minimum środowych wahań. Tuż nad
nimi rynek się zatrzymał. W ciągu ostatniej godziny udało się podnieść
nieco ceny. Kwadrans przed 16:00 kontrakty traciły 1 proc.
Wygląda na to, że popyt ma problemy z nieco większą podażą. Że była dziś
ona większa, widać po wartości obrotu. Ten jest wyższy od środowego, choć
od razu trzeba dodać, że sam w sobie jest daleki od rekordów. Takie
zachowanie cen nie jest dobrym prognostykiem na przyszłość. Zdaje się
potwierdzać tezę, że wzrost cen na poprzednich trzech sesjach ma raczej
charakter korekty wcześniejszej przeceny niż początku poważniejszego ruchu
wzrostowego. Ten jest możliwy, ale chyba dopiero po zejściu cen w okolice
poniedziałkowego dołka i przetestowaniu go.