Dzisiejszą sesję zaczynaliśmy z nadziejami. Po poprzednim tygodniu, w
którym podczas trzech sesji jedynie się nudziliśmy, miało przyjść
wybawienie i więcej atrakcji. Początek dnia był obiecujący. Kontrakty w
czasie prologu, a więc, gdy jeszcze są notowane samodzielnie bez udziału
rynku akcji, szybko zyskiwały na wartości. Skok cen był imponujący.
Otwarcie miało miejsce 1,5 proc. nad zamknięciem z ubiegłej środy, a już
pół godziny później skala zwyżki została podwojona. Także początek notowań
na rynku akcji dawał pewne nadzieje. Wprawdzie skala wahań była mniejsza,
ale aktywność potwierdzała powrót graczy z weekendu.
Dobry początek okazał się niestety jedynym ciekawym momentem tej sesji.
Rozpiętość wahań indeksu, wynosząca nieco ponad 23 pkt. mówi sama za
siebie. Od 10:00 właściwie nic się nie działo. Jeszcze na początku tego
okresu widać było chęć handlu, alei ta powoli wygasała. Niezły pod
względem obrotu początek dnia zamienił się w żenujące oczekiwanie na
koniec notowań. Dość powiedzieć, że do południa zbliżaliśmy się z obrotem
niespełna 300 mln złotych, a półgodziny przed końcem sesji ledwie
przekroczył on 450 mln złotych. Czy trzeba czegoś więcej? Nadzieje na
dobrą sesję nie zostały spełnione.
Efektem początkowego skoku cen jest to, że ponownie stoimy w okolicy
oporu. Stoimy, a więc nie było nawet próby ataku. Czy tym razem się ona
pojawi? Być może. Do tej chwili pozostaje nam obserwować przebieg
wydarzeń. Dopiero pokonanie poziomu oporu, bądź niżej położonego wsparcia,
będzie sygnałem do aktywności na posiadanych pozycjach. Z technicznego
punktu widzenia jesteśmy w konsolidacji z niewielką przewagą niedźwiedzi
po pamiętnym wybiciu z innej konsolidacji 11 kwietnia. Przewaga podaży
jest w gruncie rzeczy umowna, bo przecież nie widać żadnej akcji
wyrzucania papierów na rynek. W ostatnim czasie obie strony wstrzymują się
z aktywnością.