Jako, że nie było wczoraj sesji w USA, nie byłoby o czym pisać, ale nie
wszyscy świętowali. W serwisie Seeking Alpha Tim Plaehm opublikował notkę
na temat jego wątpliwości co do wielkości kryzysu systemu finansowego w
USA. Przytoczył on liczby. Wraz z piątkowym zamknięciem banku w ciągu roku
zniknęło 10 banków, których sumaryczne aktywa wyniosły 40 mld dolarów,
podczas gdy aktywa 10 największych banków amerykańskich wynoszą ok. 6
bilionów dolarów, a wszystkich 8451 banków przekraczają 13 bilionów
dolarów. Pada tu także porównanie z kryzysem S&L w latach 80-tych, gdy
rocznie upadało ponad 100 banków. Ponownie można mieć zastrzeżenia, co do
sposobu porównania. Obecny kryzys trwa rok i na razie skończyło się to
głównie na odpisach strat. Faktycznie banków upadło niewiele, ale na razie
wydaje się, że kryzys nabiera rumieńców, a nie wygasa. W tej chwili jest
może cicho, ale brak informacji o nowych problemach nie znaczy, że ich nie
ma. Spadek cen nieruchomości nadal ma miejsce i to nadal jest główny
czynnik ryzyka dla amerykańskiej gospodarki z systemem finansowym w
szczególności. Na rynku mamy głód kapitału. Płynność globalna jest tu
wyraźnie pomocna. W latach 80-tych nie było tylu możliwości pozyskania
pieniędzy krążących po świecie. Obecnie problem płynności instytucji
amerykańskiej załatwia się przez wprowadzenie inwestora z Dalekiego
Wschodu. Upadków banków może być więc mniej, ale będzie to kosztem zmian
własnościowych. Trudno porównywać kryzys trwający od roku z kryzysem
trwającym wiele lat. Skutki obu wydarzeń można będzie porównać dopiero w
chwili, gdy już oba zostaną zakończone. Obecnemu jeszcze trochę brakuje.
Ograniczona skala dotychczasowych zniszczeń jest widoczna w aktualnych
cenach akcji, które nie zaliczyły wielkiej fali spadków. Na razie cierpią
głównie branża finansowa i budowlana. Reszta się jakoś trzyma. Co nie
znaczy, że można być już spokojnym o przyszłość. Moim zdaniem, jest wręcz
odwrotnie, ale oczywiście ostateczne rozstrzygnięcie wskaże sam rynek.