Wspomniana przez pana nadwyżka Niemiec na rachunku obrotów bieżących ściąga na Berlin krytykę m.in. Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz władz USA. Według nich, ta nadwyżka jest dowodem na to, że Niemcy za mało konsumują, a za dużo oszczędzają, i w ten sposób szkodzą całej światowej gospodarce.
Ta nadwyżka, sięgająca dziś 7 proc. PKB, rzeczywiście stanowi problem. Jest zdecydowanie za duża i nie przynosi to korzyści nikomu, a już z pewnością nie Niemcom. Oznacza bowiem, że Niemcy eksportują towary, otrzymując za nie wierzytelności, które nigdy nie zostaną spłacone.
Jak rozwiązać ten problem, skoro z powodów politycznych Niemcy nie mogą opuścić strefy euro?
Jego rozwiązaniu z pewnością nie służy polityka EBC, a w szczególności program OMT (nieuruchomiony dotąd skup obligacji skarbowych państw eurolandu, które o to poproszą i zobowiążą się do reform – red.). Stanowi ona bowiem darmowe ubezpieczenie dla niemieckich inwestorów, którzy chcą kupować obligacje skarbowe państw z południa strefy euro. Takie ubezpieczenie sprawia, że Niemcy eksportują kapitał za granicę, zamiast inwestować go w kraju. Ci, którzy krytykują Niemcy za ogromną nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących, a jednocześnie domagają się, aby Berlin wspierał pomysły sprzyjające przepływowi kapitału z północy na południe, ewidentnie nie dostrzegają tego, że ta nadwyżka odzwierciedla właśnie eksport kapitału.
Dyrektor zarządzająca MFW Chrisine Lagarde uważa, że niemiecki rząd powinien zwiększyć wydatki publiczne, co zwiększyłoby import i ograniczyło nadwyżkę handlową Niemiec, stanowiącą element nadwyżki na rachunku obrotów bieżących. Co pan sądzi o tej propozycji?
Problem w tym, że niemiecki rząd może wydać swoje przychody tylko raz. Może albo udzielić pożyczek innym krajom członkowskim albo zainwestować w rodzimą gospodarkę.
Wróćmy do pańskiego pomysłu, aby kraje strefy euro miały możliwość czasowego powrotu do własnych walut. W chwili, gdy decydowałyby się na ponowne przejście na euro, wymiana walut następowałaby po korzystniejszym kursie. Czy to nie byłoby frustrujące dla państw, które konsekwentnie trzymałyby się euro?
Poprawa relatywnej konkurencyjności jednego państwa z definicji oznacza pogorszenie konkurencyjności innych państw. Jeśli chodzi o Niemcy, takie pogorszenie konkurencyjności w wyniku wzrostu relatywnych kosztów produkcji byłoby zbawienne. Choć brzmi to paradoksalnie, standard życia w Niemczech byłby dzięki temu wyższy. Poprawiłyby się bowiem tzw. terms of trade (stosunek cen towarów eksportowanych do importowanych – red.). Tylko prymitywni merkantyliści mogą wierzyć, że zwiększanie eksportu niezależnie od cen oferowanych towarów jest zawsze korzystne.
Kryzys fiskalny w strefie euro popchną Europę na drogę coraz silniejszej integracji. Czy sądzi pan, że to właściwy kierunek?
Tak, Europa potrzebuje większej integracji, ale na płaszczyźnie politycznej, a nie finansowej. Wprowadzanie wspólnej odpowiedzialności za długi to błąd, bo sztucznie obniża oprocentowanie obligacji państw z południa strefy euro i zachęca je do dalszego zadłużania się. Życzyłbym sobie raczej likwidacji narodowych sił zbrojnych i powołania wspólnej europejskiej armii. To byłby według mnie właściwy krok do podzielenia się ryzykiem.
CV
Hans-Werner Sinn
to jeden z najbardziej wpływowych ekonomistów w Europie. Jest prezesem monachijskiego Instytutu Analiz Ekonomicznych Ifo oraz doradcą niemieckiego Ministerstwa Gospodarki. Wykłada ekonomię oraz finanse publiczne na Uniwersytecie Monachijskim. Jest autorem kilku głośnych książek. Ostatnia, „The Euro Trap. On Bursting Bubbles, Budgets, and Beliefs", ukazała się w 2014 r.